27 maja 2015

byle za Wisłę!

Nazajutrz zbieranie szło mi dosyć opornie. Na zewnątrz mokro, ulewa w najlepsze i zimno, co najwyżej osiem stopni. Prognoza mówi, że pod koniec dnia ma się przejaśnić. Tego dnia mam do przejechania jakieś sto kilometrów, więc mogę sobie pozwolić, by trochę opóźnić wyjazd.

26 maja 2015

w dwa dni z Rybnika do Sandomierza!

Drugi dzień o dziwo rozpoczął się również na sucho, choć prognozy były inne. Moja radość nie trwała jednak długo, bo, jak mówią, co ma wisieć nie utonie. Ale od początku. Póki co, po stu pięćdziesięciu kilometrach kręcenia dowiedziałem się, że jestem w Wodzisławiu. Tym razem co prawda nie jechałem przez Radlin ani Leszczyny, bo te wsie leżą bliżej Kielc, ale znajomych klimatów nadal sporo.

25 maja 2015

rowerem na kajaki

Zaczęło się tak, jak w tym kawale o glizdach, to znaczy że kumple wyciągnęli mnie na ryby… No dobrze, może nie na ryby, ale na kajaki. Wieprzem. Jeśli ktoś nie kojarzy, Wieprz to rzeka na Lubelszczyźnie, prawy dopływ Wisły. Kumple z pracy, ekipa ta co zwykle.

30 sierpnia 2014

podsumowanie wyprawy

Zgodnie z planem, wyprawę zakończyliśmy na Helu. Udało się! Odwiedziliśmy większość miejsc, które mieliśmy w planach. Pora zatem na małe podsumowanie.

29 sierpnia 2014

czas na wyprawy cel, czyli go to Hel

Na ostatni dzień wyprawy zaplanowaliśmy objazd Zatoki Gdańskiej z metą na Helu. Ze Stegny to w sumie ponad 140 km, czyli niewiele mniej niż dnia poprzedniego. Różnica taka, że trasa przebiegać miała w znacznej części przez aglomerację trójmiejską, co nie pomagało jeśli chodzi o średnią prędkość i czas dotarcia do celu.

28 sierpnia 2014

idziemy na rekord

Czwartek zaczął się piękną pogodą od samego rana, dlatego nie czekając, spakowaliśmy się i już przed dziewiątą gnaliśmy boczną drogą na północ w kierunku Ostródy. Profil również wyjątkowo zachęcał do jazdy: z małymi wyjątkami miało dziś być z górki, a na koniec dnia Żuławy Wiślane, czyli całkowicie płaski teren.

27 sierpnia 2014

gdzie diabeł mówi dobranoc

Udało nam się pozbierać o bardzo sensownej porze. Nie rozstawialiśmy namiotów, więc pakowanie szło szybko i już przed dziewiątą ruszyliśmy w dalszą trasę. Jak się później okazało, miał to być jeden z tych dni, które trzeba przejechać, by po prostu być o sto kilometrów dalej.