Wyjeżdżam z parku Sequoia w odczuciu, że oto zaczęła się prawdziwa moja przygoda z parkami zachodnich Stanów. W tym pierwszym było super, a w kolejnych będzie jeszcze ciekawiej. Na noc zamierzam dotrzeć do Doliny Śmierci. Ten post nie będzie długi, ale za to niezwykle widowiskowy i dlatego wart przeczytania.
Plan na popołudnie jest taki, by przemieścić się z wysokich gór do wielkiej kalifornijskiej dziury, jaką jest Dolina Śmierci. A jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej do jej bezpośredniego sąsiedztwa. Nie, nie zamierzam objeżdżać pasma Sierra na południe od Bakersfield. Szkoda kilometrów. Wybieram stanową 178-kę przez góry i wzdłuż Lake Isabella. Przed osiemnastą wyskakuję na historyczną Autostradę Wielkiej Armii Republiki (US-6), którą opuszczam przez Owens Lake, kierując się stanową 190-tką już bezpośrednio do Doliny.
Jedzie się super. Jest późne popołudnie. Wokół coraz bardziej oczywisty klimat pustyni Mojave materializuje się coraz wyższymi temperaturami i charakterystycznymi drzewkami Jozuego po obu stronach drogi. Wreszcie, kiedy droga zaczyna się obniżać, słońce chyli się już ku zachodowi i w cudowny sposób oświetla na pomarańczowo i tak już czerwone skały nad doliną Panamint.
Stale się obniżam, więc robi się coraz cieplej i cieplej. W dolinie to co prawda nadal sześćset metrów nad poziomem morza, ale przecież jeszcze w południe byłem na ponad dwóch tysiącach.
Trasę kończę na kempingu w Panamint Springs. Słońce już zaszło, a w powietrzu nadal wisi bite trzydzieści stopni Celsjusza. Coś niesamowitego. Będę dziś spać w płóciennym glampie na pustyni. Wokół całkowita i nieskazitelna cisza, aż piszczy w uszach. I zapadająca powoli, ale skutecznie niemal całkowita ciemność. Początkowo tylko Księżyc ją zakłóca, ale co tam, i tak za pół godziny schowa się za górę nade mną.
Jestem sam na hektarze kempingu. Po drugiej stronie drogi hotelik z restauracją, stacja benzynowa i to tyle. Drogą nie jedzie zupełnie nic, najpierw pół godziny, potem godzinę i więcej… Ot i całe Panamint Springs, mniej niż wioska. To się nazywa Dziki Zachód!
Prawdziwy spektakl zaczyna się po zachodzie księżyca, tuż przed północą. Droga Mleczna, jakiej chyba jeszcze nie było mi dane wcześniej widzieć. Uaaaau! Choć może nie powinno to być zaskoczeniem – w końcu siedzę w gigantycznej dziurze w ziemi, dość skutecznie osłoniętej przed jakimkolwiek zanieczyszczeniem światłem.
Zdjęć, które widzicie, nie zrobiłem lustrzanką ani żadnym średniozaawansowanym sprzętem. Ja go po prostu ze sobą nie miałem. To, co widać, uchwyciłem zwykłą komórką na długim czasie, więc pewnie szum matrycy będzie dla niektórych nieakceptowalny. Ale lepiej się nie dało.
A ciemność? Też nie jest taka zupełna i całkowita. Po przyzwyczajeniu wzroku światło pochodzące z Drogi Mlecznej oświetla dolinę na tyle mocno, że spokojnie widać drogę, skały po przeciwnej stronie doliny, dosłownie wszystko jak na dłoni. Na tym etapie światełko z samochodu po otwarciu drzwi jest już oślepiające.
Ja, moimi oczętami, zwyczajnie długo, bardzo długo wpatruję się w niebo i nie umiem oderwać wzroku od tego miliarda gwiazd. Już druga. Znów jutro wstanę niewyspany, no trudno.
CDN…







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz