Wczoraj w ramach luzów popołudniowych wybrałem się ja na mały spacerek po Eurece. Miasteczko, jakich tu wiele, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wróciłem do motelu i zakończyłem moje niefortunnie ustawione nocne szkolenie. Potem trochę je odespałem i krótko po dwunastej wyruszyłem w dalszą podróż na południe. Przede mną odludne i tajemnicze Redwoods – kraina, która po dziś dzień pozostaje obiektem westchnień dla aglomeracji San Francisco.
Eureka ma swoje „historyczne centrum”. W Ameryce słowo „historyczne” ma zupełnie inny, znacznie płytszy wydźwięk niż w Europie, przez co jest nieco bardziej zabawne. No bo jak się tu nie śmiać, kiedy ktoś śmiertelnie poważnie mówi o historycznym miejscu, mającym na przykład 150 lat? No historia jak pieron! Średniowiecze wręcz 🙃
Znacznie poważniejsza jest za to sama natura i ona budzi ogromny respekt. To tutaj rośnie najstarszy i najgęstszy las sekwojowy na Zachodnim Wybrzeżu. To jeszcze nie park narodowy Sequoia, ale znacznie bardziej dostępny, bo „z drogi” i niemal na wyciągnięcie ręki!
Tymczasem ja, podobnie jak wielu innych początkujących turystów z Europy, popełniam ten podstawowy błąd i nie poświęcam wystarczająco dużo czasu na eksplorowanie tego miejsca, tylko gnam jak ten nakręcony wieprz na południe. A to błąd. Bo park stanowy Humboldta (Humboldt Redwoods State Park) to jedno z tych miejsc, które nie próbują być spektakularne, a przytłaczają ogromem pni. Nie pojedynczym widokiem, tylko ciągłością. To największy zwarty kompleks starodrzewu redwoodów na świecie, gdzie drzewa nie są atrakcją, tylko milczącym tłem.
Przez park biegnie legendarna Avenue of the Giants (Aleja Gigantów) — kilkadziesiąt kilometrów drogi, która daje wrażenie powolnego zanurzania się. Jedziesz, a światło zatrzymuje się na koronach tak wysoko, że przestajesz je w ogóle widzieć. Jest dzień, wczesne popołudnie, a tutaj po prostu jest ciemno. Tak ciemno, że momentami zastanawiasz się, czy coś jeszcze nie przykłada ręki do tej ciemności…
To tu znajduje się Founders Tree – jedno z tych miejsc, gdzie skala przestaje być pojęciem, a zaczyna być doświadczeniem. Oczywiście, to nie najwyższe drzewo na świecie. Stoi przy Avenue of the Giants, niemal na wyciągnięcie ręki, bez konieczności wędrówki godzinami w głąb lasu. I może właśnie dlatego działa na wyobraźnię tak mocno: nie trzeba się wysilać, żeby znaleźć coś, co wymyka się proporcjom. To drzewo ma około 105 metrów wysokości i ponad 300 lat (można by rzec, że jest w kwiecie wieku, jak na redwooods). Jego pień nie wygląda jak coś, co powinno utrzymać taki ciężar — bardziej jak fragment krajobrazu niż pojedyncze drzewo. Są miejsca, gdzie człowiek czuje się mały, a potem przychodzi Founders Tree. I tu nawet małość przestaje mieć znaczenie.
Kilka metrów od niego leży coś, co dopełnia tę historię: Dyerville Giant. Ten gigant przez dekady uchodził za jedno z najwyższych drzew na Ziemi, aż runął w 1991 roku. Leży do dziś jako przypomnienie, że nawet w tym lesie nic nie jest stałe.
A w dole płynie Eel River — rzeka spokojna, szeroka, momentami niemal nieruchoma. To ona tworzy przestrzeń między drzewami, ale też wprowadza ciszę innego rodzaju: bardziej rozciągniętą, jakby czas płynął tam wolniej. Ona nie szumi, ona raczej… jak by to nazwać? Pełznie.
W Redwoods czas osadza się, warstwa po warstwie, jak cichy zapis wszystkiego, co było przed nami. Mgła wślizguje się między pnie, jakby znała je od tysięcy lat i nie chciała zdradzić ich sekretów. Nawet dźwięk jest tutaj inny: jakiś taki tłumiony, cięższy, jakby każde słowo musiało najpierw uzyskać zgodę lasu, zanim zostanie wypowiedziane. Są tu drzewa, które pamiętają czasy, gdy człowiek jeszcze nie potrafił nazwać strachu — i one nadal stoją niewzruszone. Patrząc w górę, łatwo zgubić początek i koniec. A kiedy wyjeżdżasz z tego lasu, masz wrażenie, że zapomiałeś tej ciszy, który tam została i już nie powróci.
Niesamowite, przedziwne, tajemnicze i jakże niepowtarzalne to miejsce!
A dlaczego tu aż tak zielono? Wszystko przez nieustanne mgły i deszcze, które w naturalny sposób nieprzerwanie od wieków podlewają miejscową florę. I oprócz aury tajemniczości robią przede wszystkim mrówczą robotę, utrzymując bez przerwy cały ten ekosystem przy życiu.
Wiosną i latem prądy północnego Pacyfiku opływają zachodnie wybrzeże Stanów od północy. Cyrkulacja latem jest tu ewidentnie północna i to dlatego właśnie planowałem pojechać rowerem z północy na południe, a nie odwrotnie.
Prądy trafiają od zachodu w okolice wyspy Vancouvera, a następnie kierują się na południe, tworząc powierzchniowy i zimny Strumień Przybrzeżny. Na to dodatkowo nakłada się zjawisko tzw. upwelling, czyli wypiętrzanie chłodnych mas wody z dolnych partii oceanu. Efektem są bardzo niskie jak na tę szerokość geograficzną średnie temperatury latem – raptem około 20 °C. Te masy wody, a zatem i zimne powietrze znad oceanu, w zderzeniu z gorącym i suchym powietrzem znad lądu, to właśnie sprawcy gęstych mgieł wiosną i w pierwszej połowie lata. Zjawisko ustępuje dopiero na przełomie lipca i sierpnia, kiedy wody przybrzeżne są już wystarczająco nagrzane. Wówczas wiatr znad lądu wygrywa z wiatrem oceanicznym i wywiewa resztki mgieł i chmur daleko nad wodę, tworząc bardzo przyjemny klimat południowej Kalifornii – bezchmurne niebo i gigantyczne fale, czyli raj dla surferów.
Ja tymczasem kończę moją długą dziś podróż, poszukując spania w niepokojącym Bodega Bay, które znacie zapewne z chitchcockowskich „Ptaków”. Ten fragment wybrzeża jest jeszcze zbyt zimny, bo spotkać tu plażowiczów. Nadaje się jedynie do patrzenia i słuchania, czy coś nie nadchodzi zza mgły. Bodega Bay to takie miejsce, które pamięta zdecydowanie za dużo. I może właśnie dlatego tak dobrze pasuje do historii, w której ptaki skaczą ludziom do gardła…
Jeśli coś może pójść nie tak, to na pewno pójdzie. Mi, nie tak, idzie na pewno poszukiwanie miejsca do spania. Ostatecznie, po objechaniu miasteczka, jadę dalej i zatrzymuję się na totalnym odludziu wzdłuż wąskiej i długiej Tomales Bay. To jedno z niewielu miejsc, gdzie możesz popatrzeć na wodę i zdać sobie sprawę, że pod nią nie ma dna. Jest za to uskok św. Andrzeja – dziura wypełniona wodą. Gigantyczna granica płyt tektonicznych, sprawca trzęsień ziemi na całym Zachodnim Wybrzeżu. Woda w zatoce jest tu nieruchoma, fale nie istnieją, a dźwięk niesie się daleko, bardzo daleko.
Taaa… Dźwięk psów, wręcz ujadanie. Ale jak to… ujadanie? Skąd te psy? Po drugiej stronie wąskiej drogi, przy której zatrzymałem się na spanie, mam ogromną wielohektarową łąkę, szczelnie ogrodzoną. A za nią, na wolnym wybiegu, psy pasterskie, którym zdecydowanie nie przypadła do gustu moja obecność. Ale co tam, olewam je. Poszczekają sobie trochę, znudzą się i pójdą.
Otwieram Bud'a i rozkoszuję się surowością zapadającego zmroku: delikatnym wiatrem, mgłą, wodą, zielenią… I chciałoby się napisać: ciszą. Ale tej ciszy na razie nie ma; jest ujadanie. No cóż, mimo wszystko, dobrej nocy.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz