17 czerwca 2025

Cholernie Dobra Kawa, pickup i fabryka dynamitu

To już wtorek. To dzień, który na ogół przypada po poniedziałku. Nie licząc soboty, dla mnie trzeci dzień jazdy. Kręcę się i kręcę wokół aglomeracji Seattle, a kilometrów jakoś nie przybywa – póki co raptem sto czterdzieści. Biedniutko, pora to zmienić! Dlatego od dziś nie będzie zwiedzania, tylko trasa i jeszcze raz trasa. Przez trzy kolejne dni.

Najpierw jednak ostatni akcent Twin Peaks, czyli, jak to zwykł określać agent specjalny FBI, Dale Cooper, Cholernie Dobra Kawa – oczywiście w oryginalnym barze „Double-R”.
Wstaję raniutko i zbieram się sprawnie. Do baru mam blisko, ale oczywiście nie może być zbyt prosto. Wczoraj, kiedy przejeżdżałem tamtędy, ze zgrozą odkryłem, że cały Twede's Cafe (który w serialu gra bar R-R) jak na złość ukryty jest szczelnie za rusztowaniem i foliami, jakby z remontem czekali specjalnie na mnie. Co gorsza, mural z tyłu budynku, przedstawiający wjazd do Twin Peaks z przydrożnym witaczem, zupełnie zniknął! Pytam więc o niego w barze. Oczywiście będzie odnowiony, odmalowany, ale akurat nie teraz, tylko po remoncie. No fantastycznie! Tak sobie myślę, że chyba powinienem się cieszyć, że mogę w ogóle wejść do środka. Przecież mogli zupełnie zamknąć lokal na czas remontu.
Siadam i zamawiam nielimitowaną, Cholernie Dobrą Kawę. Nie mam czarnego garnituru i włosów na żelu, tylko mój świecący strój rowerowy i kask. Nie jestem też taki chudy jak agent specjalny Dale Cooper, ale nie omieszkam dodać do zamówienia Placka z Wiśniami. Czy placek i kawa są „cholernie dobre”? Kwestia gustu, a wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Dość powiedzieć, że w USA ciężko znaleźć smaczne jedzenie. Tak ogólnie.
Rozglądam się na lewo i prawo, żeby zarejestrować jak najwięcej szczegółów. Jednym z nich jest szklana gablota tuż obok mnie, a w niej kilka książek, fotografia Pieńkowej Damy, kubek, o który opiera się lalunia agenta Coopera oraz – no jak mogłoby być inaczej – miniaturka worka ze zwłokami Laury Palmer. No mają ci Amerykanie poczucie humoru jednak… ☠️✝️😁
Kończę krótko po dziesiątej. Komu w drogę temu czas. Jeszcze ostatnie spojrzenie na główne skrzyżowanie w Twin Peaks, aka North Bend, i w drogę.
Pokuśmy się też na małe podsumowanie Twin Peaks, filmowe tym razem…

Pierwsze osiem kilometrów kulam się taką dojazdówką wzdłuż stanowej Dziewięćdziesiątki, aż do zjazdu na Osiemnastkę. Jest cały czas lekko pod górę, więc przed wpół do dwunastej dopiero jestem na węźle. Przede mną najtrudniejszy odcinek tego dnia: droga przez góry w remoncie, z połówkowym zamknięciem, bardzo wąskim poboczem, a zatłoczona do granic możliwości! W dodatku, powinienem się nią wspiąć na przełęcz ze stu na prawie pięćset metrów nad poziomem morza. Wokół pełno kurzu, ogromnych ciężarówek i hałasu. Nic przyjemnego, ale teren jest górski i nie ma tu żadnej sensownej alternatywy. Udaje mi się w ten sposób przejechać jakieś cztery kolejne kilometry, ale sytuacja diametralnie się pogarsza: wąskie pobocze znika całkowicie, a ja musiałbym się mieścić razem z lorami na wąskim pasie, tuż przy wysokich betonowych jerseyach. Toż mnie tu zgniotą! O nie. Do tej pory miałem nerwy na postronkach, ale tutaj zwyczajnie wymiękam. Nie da się. No i teraz dylemat: wrócić znów tym super-wąskim poboczem cztery kilometry z duszą na ramieniu, a potem jeszcze dołożyć ze dwadzieścia kolejnych, przez Issaquah? A może brnąć dalej? Ale mijam w międzyczasie po lewej zjazd na budowę, to znaczy na ten lewy nieczynny remontowany pas. Krzątają się tam robotnicy, ale co mam do stracenia? No dobra, wjeżdżam. Od razu podnosi się larum:
– Halo, to budowa, tu nie wolno. Jest sprzęt ciężki i zagrożenie dla życia.
No to pokazuję grzecznie panom prawy pas i pytam:
– Gdzie mam większe zagrożenie: tutaj? Czy może jednak na tym czynnym pasie?
– No tak, masz rację. Ale tutaj… tutaj nie wolno jeździć! To najniebezpieczniejsza droga w stanie Waszyngton, jak w ogóle się tu dostałeś?
– No, jak to: jak? Przyjechałem z węzła z Dziewięćdziesiątką! Gdybyście panowie postawili tam zakaz wjazdu rowerów, moglibyście mnie teraz podać na policję i to ja miałbym kłopoty. A tak? Znaku nie było, czyli co, mogłem wjechać? No mogłem.
Nie zastanawiając się długo, każą mi rozmontować sakwy, wrzucają wszystko na pickupa i jedziemy. Na moje szczęście kontynuujemy trasę a nie wracamy, tzn. jedziemy w kierunku południowym na przełęcz Tiger Mountain. Jakieś może trzy kilometry max. W międzyczasie remont drogi się kończy. Tutaj jest już szeroka, wygodna dwupasmówka z poboczami, cud miód malina. Zatrzymują się na nieutwardzonym szerokim parkingu na samej przełęczy. Genialnie! Trudzia z wozu, koniom lżej.
Bardzo, ale to bardzo im dziękuję, bo pomogli mi i to dwojako. Raz, że uratowali mnie z opresji, a dwa, że zrobili za mnie cały najgorszy podjazd tego dnia. To jest jednak cywilizowany kraj!

Teraz mogę już bez stresu, spokojnie rozwinąć prędkość, poczuć wiatr w moich jakże długich włosach i cieszyć się dniem. Po kilku kolejnych kilometrach, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, zjeżdżam w bok i kontynuuję w tym samym kierunku, ale już pustymi bocznymi drogami. Tutaj nie ma już gór i lasów, jest za to ciągnąca się kilometrami zabudowa południowej części aglomeracji. Na koniuszku Tacomy, tuż przy wodach Puget Sound, zaczepiam się w przyjemnym i już nie tak drogim hotelu Fairwood Inn w niewielkiej miejscowości DuPont. Miał być na kemping, ale znów nie wyszło. Rano ma padać, więc po co się niepotrzebnie pakować w wodę?

Układ dróg w DuPont, a przede wszystkim charakterystyczne łuki, trochę przypominają mi Hawirzów albo krakowską Hutę. Choć miasteczko jest oczywiście nieporównywalnie mniejsze (raptem może z dziesięć tysięcy mieszkańców). Wszędzie pełno tu wojska, nawet w samym hotelu. I nic dziwnego – w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się olbrzymia baza Lewis-McChord oraz muzeum Fort Lewis. Nazwa miasteczka pochodzi od firmy chemicznej DuPont, która w latach 1909–1975 prowadziła w tym rejonie zakład produkcji… dynamitu.
Resztę opiszę jutro, jeśli będzie komu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz