29 sierpnia 2014

czas na wyprawy cel, czyli go to Hel

Na ostatni dzień wyprawy zaplanowaliśmy objazd Zatoki Gdańskiej z metą na Helu. Ze Stegny to w sumie ponad 140 km, czyli niewiele mniej niż dnia poprzedniego. Różnica taka, że trasa przebiegać miała w znacznej części przez aglomerację trójmiejską, co nie pomagało jeśli chodzi o średnią prędkość i czas dotarcia do celu.

Wstaliśmy z Jurkiem dość wcześnie, jednak czas potrzebny na spakowanie namiotów i przygotowanie do drogi spowodował, że udało nam się wyjechać dopiero kwadrans po dziewiątej. Nie wiem jak wy, ale pakowanie namiotu, śpiwora i wszystkich rzeczy, wraz ze śniadaniem na miejscu to bite dwie godziny od przebudzenia. Wszelkie optymalizacje w tym temacie pozwalają ograniczyć ten czas co najwyżej o pięć do dziesięciu minut. Inaczej jest, gdy śpimy gdzieś pod dachem i nie trzeba rozkładać sprzętów. Wówczas najczęściej daję radę zmieścić się w godzinie.

Po spakowaniu wyruszyliśmy drogą na zachód w kierunku ujścia Wisły. Można by rzec, że prom czekał specjalnie na nas: po wejściu na pokład niemal natychmiast ruszyliśmy na drugi brzeg, czyli na Wyspę Sobieszewską. Tutaj taka mała osobliwość, a mianowicie po drugiej stronie administracyjnie zaczyna się Gdańsk. Wszystko jasne, z tym że zielona tabliczka z nazwą miejscowości oraz jej otoczenie, sprawiały wrażenie, jakbyśmy wpływali co najwyżej do jakiejś małej wsi o nazwie Gdańsk – ta niepozornie ona wyglądała.

Drogi rowerowe w Gdańsku zasługują na osobny wpis na bloga. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak miasto może traktować rowerzystów. Gdzie się da i ma to sens, poprowadzone są wydzielone ścieżki rowerowe – również wzdłuż Wyspy Sobieszewskiej. Tam gdzie nie ma to sensu, ustawiane są specjalne żółte znaki dyscyplinujące kierowców: „dziękujemy za dystans 1 metra od rowerzysty”. Postać gościa na rowerze, zdejmującego melonik w geście podziękowania – co za kultura, czapki z głów! To jak na razie jedyna miejscowość w Polsce, w której spotkałem tego typu oznakowanie. Może jest ich więcej, ale Gdańsk pod tym względem naprawdę robi robotę!

Wreszcie dotarliśmy do centrum. Rzecz jasna, im bliżej, tym większy ruch i tym trudniej jest się poruszać (światła, przejazdy, czekanie, itp.), ale to rzecz normalna w aglomeracjach i do tego jestem przyzwyczajony. Jako że byłem w Trójmieście wówczas po raz pierwszy, nie mogło się obejść bez kilku zdjęć na Starówce, przy Żurawiu, przy Centrum Solidarności i bramie do stoczni.

Z centrum jedziemy ścieżkami wzdłuż Alei Grunwaldzkiej do Sopotu, gdzie znów krótki odpoczynek, selfie przy Monciaku i plaży, a później już poza wielkim ruchem drogowym, ścieżkami rowerowymi w kierunku Gdyni.

Idylla kończy się na granicy Sopotu i Gdyni, kiedy okazuje się, że tutaj rowerów chyba nie lubią. Stajemy jak wryci przed ścianą Jaru Swelini. No jak można było tędy poprowadzić ścieżkę rowerową? Jak my teraz mamy te toboły wciągać na górę? Nosz kur…!

Nic, rad nie rad, bierzemy i krok po kroku wciągamy sobie te nasze toboły pod górę, ku zdziwieniu i uciesze gapiów. Jeszcze trzy schody, jeszcze dwa i… jest! Jedziemy teraz górą, początkowo przez park Kolibki, później już wzdłuż Alei Zwycięstwa, Śląskiej i Morskiej, by później w Chylonii znów uciec za tory i opłotkami Rumii przedostać się do wsi przy ujściu rzeki Reda.

Kolejne wyzwanie – jak się okazuje największe tego dnia – czeka nas na podjeździe pod Kępę Pucką, we wsi Mrzezino. Wąska i pozakręcana droga, no i ciężarówki wyprzedzające nas jedna za drugą, na pierwszym biegu. Na zaledwie kilometrze dorzucamy sobie 50 metrów wzniosu i nawet na wykresie profilowym ładnie widać, co to za bestia. Pewną nagrodą za trudy drogi jest panorama, która rozciąga się z górnej krawędzi Kępy. Wysiłek widoczny jak na dłoni.

Krótki odpoczynek pod sklepem spożywczym w Mrzezinie i już ciśniemy dalej. Jeszcze osiem kilometrów i już jesteśmy w Pucku. Kolejne dziesięć – Władek i początek przygody zwanej Cyplem Helskim, albo jak przekornie mówią gdańszczanie: Hyclem Celpskim. Minęła osiemnasta, a przed nami jeszcze prawie czterdzieści kilometrów. Dużo. Ciężko będzie zdążyć przed zmrokiem, tym bardziej, że chmury dosyć skutecznie zasłaniają słońce.

Jedziemy. Jurek postanawia, że w Jastarni spotka się jeszcze z synem, który właśnie dorabia tam sobie w sezonowej robocie. Po krótkich wzajemnych poszukiwaniach i równie kompaktowym spotkaniu, jedziemy dalej i do Helu docieramy o wpół do dziewiątej wieczorem. Jest już prawie ciemno, więc jedyne zdjęcia, które udaje mi się zrobić na krańcu cypla, są ciemne. Radości jednak nie kryję, bo oto z sukcesem udało mi się zakończyć kolejną wyprawę i ustanowić nowy rekord długości wyprawy, przekraczając odległość tysiąca kilometrów.

Rozbijamy namioty na polu Helkamp, a następnie udaję się na kolację do centrum. Myślę sobie: jestem nad morzem, to trzeba koniecznie zjeść jakąś rybkę. Znajduję jedną z nielicznych otwartych tawern. Jurek nie poszedł ze mną – mówił, że jest syty i to go uratowało. Ja zamówiłem sobie sandacza z frytkami.

Na drugi dzień ledwie zwinąłem namiot. Byłem zielony na twarzy i czułem, że żołądek odwrócił mi się do góry nogami. Poziom płynów ustrojowych niebezpiecznie się podniósł, a trzeba było przecież nie tylko kompletnie się spakować, ale też wsiąść do pociągu i przejechać nim ponad sześćset kilometrów.

Jakoś, z pomocą Jurka dałem radę. W pociągu często odwiedzałem toaletę, nic nie jadłem przez kolejne trzy dni. W ten oto sposób niewinny sandaczyk na Helu podsumował moje wojaże. W gruncie rzeczy sam jestem sobie winien – co to za pomysł, żeby zamawiać słodkowodną rybę nad morzem?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz