Zaczynam zauważać pewne ewidentne plusy sytuacji, w której się znalazłem. Owszem, z jednej strony jestem uboższy o niezły rower i koszty związane z samochodem, ale mija właśnie drugi tydzień mojej eskapady, a ja zrealizowałem już prawie cały plan wyprawy rowerowej. To oznacza, że kolejne dwa tygodnie mogę przeznaczyć na miejsca, których nie planowałem, a teraz są praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Od kilku dni tak sobie jadąc, układam w głowie na szybko improwizowaną marszrutę. Zależało mi na Big Sur i planowałem je również zrobić rowerem. Natomiast teraz jakoś trzeba pogodzić lekki rozstrzał, który mam pomiędzy parkami narodowymi: Sequoia, Yosemite i Doliną Śmierci. Żadnego z tych miejsc nie odpuszczę, ale nie układają mi się one zbyt dobrze w jedną ścieżkę. Dwie pierwsze atrakcje są w górach Sierra, ale parku Sequoia nie można przejechać „na przestrzał”, na drogą stronę nie ma drogi. Trzeba wrócić i objechać pasmo od południowej strony, by potem znów uciec na północ. To takie trochę kluczenie. Pewnym pocieszeniem są ceny paliw, które – choć w Kalifornii jeszcze niezbyt przyjazne – to i tak zachęcają.Ruszam więc z kempingu Three Rivers w górę do parku Sequoia. Zanim zacznę, oczywiście, trzeba uiścić opłatę wjazdową. W Polsce pewnie byłyby już jakieś ograniczenia w ruchu kołowym, ale to przecież USA – tutaj samochód jest na piedestale, ludziska grubaśne i wygodne, więc wara od ograniczeń.
Mając w planach nie jeden, ale aż pięć federalnych parków narodowych, opłaca się kupić całoroczny abonament na wszystkie. W Ameryce jest prosto, bo tutaj mamy jeden karnet: America the Beautiful, a nie dwa konkurujące, tak jak w Wielkiej Brytanii. W 2025 AtB kosztuje $80, a wstęp do pojedynczego parku na ogół $30, więc już przy trzecim parku się zwraca. Można go kupić w internecie i używać jako aplikacji na smartfonie albo w formie karty plastikowej przy wjeździe do każdego z parków narodowych. Jest ważny przez okres jednego roku, licząc od daty zakupu.
Za rogatkami droga wije się coraz stromiej pod górę, coraz ciekawiej zawija i odsłania coraz ładniejsze widoki. Najbardziej pozytywnie zaskakuje to, że sekwoje widoczne z drogi rosną na graniach skalistych gór. To zdecydowanie odróżnia ten park od Redwoods. Olbrzymy widać z drogi dojazdowej i już nawet stąd robią ogromne wrażenie.
Park Narodowy Sequoia obejmuje ogromny zakres wysokości – od ok. 411 m do 4417 m n.p.m., co tworzy bardzo zróżnicowane środowiska. Dzięki temu występuje tu duża różnorodność roślin i zwierząt – od nizinnych wzgórz, przez lasy iglaste, aż po alpejskie szczyty.
Na chwilę zatrzymuję się na przydrożnym parkingu przy Amphitheater Point, z widokiem na Moro Rock. To skała bardzo charakterystyczna dla parku, jeden z wybitnych punktów widokowych i ważniejszych topograficznie miejsc. Tutaj między innymi docierają autobusy wahadłowe, o których więcej na tym oto filmie:
Parkuję auto przy Museum, a raczej w jego pobliżu. Jeszcze nie ma jedenastej, ale parkingi już są wypełnione po brzegi i jedynym wyjściem jest zatrzymanie się nieco niżej, w szutrowej zatoczce. Jestem jednym z pierwszych, więc po trzykroć obchodzę ją i sprawdzam, czy nie ma jakiegoś zakazu parkowania, ale nie, nie ma. Ruszam zatem na krótką górską wędrówkę wśród drzewnych gigantów.
Pierwszy krótki postój to Grupa Parkera. Ładnie ją widać w końcówce filmu poniżej. Zgodnie z opisem na tabliczce, te gigantyczne drzewa nazwano na cześć ośmiu członków rodziny Parkerów. Kapitan James Parker z oddziału B, 4. Kawalerii Armii USA pełnił obowiązki zarządcy Parku Narodowego Sekwoi w latach 1893–1894.
Pnie niemal wszystkich sekwoi dookoła mnie naznaczone są duchem czasu i… śladami pożarów. Te drzewa są wręcz zaprojektowane do życia z ogniem — bez niego ich cykl rozmnażania działa znacznie gorzej. Bez pożarów sekwoje się starzeją, a nie odnawiają, dlatego w parkach prowadzi się dziś kontrolowane wypalania, żeby odtworzyć naturalne warunki, które kiedyś zapewniały częste, lekkie pożary. Dlaczego? Po pierwsze, szyszki mogą wisieć na drzewie latami zamknięte. Dopiero wysoka temperatura powoduje ich otwarcie i wysyp nasion. Po drugie, ogień usuwa ściółkę, krzewy i młode drzewa, które mogłyby stanowić konkurencję w dostępie do słońca. Po pożarze nasiona sekwoi trafiają na odsłoniętą, mineralną glebę, gdzie mają dużo większą szansę wykiełkować. A pamiętajmy, że pożar zostawia warstwę popiołu bogatą w składniki mineralne — to naturalny starter dla siewek. Po trzecie, dorosłe sekwoje mają bardzo grubą, ognioodporną korę i wysoko osadzone korony, więc często przeżywają pożary, które przygotowują teren pod dalsze ich namnażanie.
Jak widać, sekwoje olbrzymie uprawiają prawdziwą gangsterkę wobec innych gatunków, z biegiem czasu miały więc idealne warunki, by wyewoluować na przyrodnicze giganty.
Stąd już blisko do Tunnel Log – powiedzielibyśmy: Tunelowego Pnia. Ta sekwoja przewróciła się w grudniu 1937 roku. Średnica u podstawy: 7 m, wysokość: 91 m, a tunel ma niecałe 6 na 3 metry. Tunnel Log przypomina o pracy młodych mężczyzn, którzy zmagali się z przetrwaniem Wielkiego Kryzysu w latach trzydziestych. Przejazdowy otwór w powalonym pniu został wydrążony przez „chłopców” z Civilian Conservation Corps (CCC).
Wielki Kryzys pozostawił miliony ludzi bez pracy. Kongres powołał CCC, aby zapewnić młodym mężczyznom zatrudnienie i możliwość wspierania ich rodzin. CCC działało głównie na terenach publicznych, w tym w Parku Narodowym Sekwoi.
Pomimo młodego wieku i braku doświadczenia chłopcy z CCC wykazali się ogromną skutecznością, rozwijając wiele elementów tego parku oraz tysięcy innych miejsc w całym kraju. Budowali drogi, szlaki, budynki, kempingi, systemy wodne i wiele więcej — z czego duża część jest używana do dziś. Te miejsca są pozostałością dawnej praktyki przekształcania naturalnych form, aby tworzyć atrakcje przyciągające turystów. Dziś parki narodowe ceni się bardziej za zachowanie krajobrazu w jego naturalnym stanie.
Wracam do Museum Point. Krótka toaletka* przy niepozornej gałązce 😜 a dalej, do punktu Drzewa Shermana jadę już bezpłatnie wahadłowym autobusem. Nie ma sensu odpalać auta i po raz kolejny przejmować się miejscem do parkowania.
Drzewo Generała Shermana to bardzo stara sekwoja, datowana na 2500 lat. U podstawy ma aż 11 metrów, mierzy 83 metry wysokości, czyli więcej niż 27-piętrowy budynek mieszkalny, a obwód przekracza 31 metrów, czyli aby go objąć dookoła, potrzeba kilkunastu osób! Ten mamutowiec uznawany jest za największy organizm na Ziemi pod względem objętości. Ma największą masę drewna, dlatego wygrywa „w klasyfikacji ogólnej”. Co ciekawe: jego największe gałęzie są grubsze niż pnie przeciętnych drzew.
Nazwa drzewa pochodzi od generała Williama Tecumseha Shermana. Jej pomysłodawcą był przyrodnik James Wolverton, który wcześniej służył pod rozkazami Shermana w czasie wojny secesyjnej. Kiedy po wojnie badał i opisywał wielkie drzewa w Kalifornii, nadał jednemu z nich imię swojego dawnego dowódcy jako formę uhonorowania, a jednocześnie przyciągnięcia ruchu turystycznego. W sąsiedztwie Sherman Tree można podziwiać przekrój powalonej sekwoi olbrzymiej. Charakterystyczna jest ogromna średnica pnia (między 6 a 10 m), układ słojów, ślady po pożarach i naturalnym rozkładzie. Doprawdy, niezwykłe to drzewo, fragment jednego z największych organizmów na Ziemi, który mógł mieć nawet kilka tysięcy lat.
To ostatni punkt mojego zwiedzania parku. Polecam go zdecydowanie na dłużej, choćby po to, by zobaczyć jeszcze monolit Moro Rock i widok z niego. Mi już nie wystarczyło czasu. Wracam do Museum, odpalam mojego tymczasowego Chevy'ego i wyruszam w dalszą podróż. To jeszcze nie wszystko na dziś, mapkę z dzienną trasą zobaczycie na końcu kolejnego odcinka.
*) nie, nie wszedłem do damskiej, tylko przy męskiej nie wyglądało to już tak spektakularnie ↩ wróć
CDN…











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz