Dziś urodziny Miśka. Nie można sobie wyobrazić lepszej daty na dojazd i zwiedzanie San Francisco, miasta-legendy. Miasta, w którym to On był przede mną i polecił mi kilka miejsc, a przede wszystkim te, do których można wracać bez końca. Przejedziemy się z dzikiej ciszy Tomales Bay, przez pochmurny poranek w Sausalito, wprost w chłodny oddech mgły, która otula most Golden Gate niczym brama do innego świata. W sercu San Francisco kroki same poniosą na Union Square, między rytmem Post Street a Mission Street. A potem już tylko metaliczny zgrzyt lin zabytkowego tramwaju, krewetki w Bubba Gump na Pier 39 i powrót przez strome jak ze snu zbocza Russian Hill. Jeden dzień w tym miejscu? To żart, na który stać chyba tylko mnie.
Poranek nad Tomales Bay zaczyna się dla mnie przed siódmą rano. Jest cisza: psy po drugiej stronie drogi w końcu odpuściły; mogę się zebrać i ruszać dalej, bo przecież ileż można siedzieć w krzakach jak partyzant.
Droga do Sausalito mija spokojnie, bez fajerwerków. Robi się trochę ładniej, trochę jaśniej i wiadomo, że coś się zaczyna dziać. Teraz jakieś sto kilometrów za kółkiem i już prawie jestem na miejscu.
W marinie klasyka: łódki, maszty stukają, ludzie się kręcą, wszystko na luzie — przyjemnie i spokojnie. Dopiero jak się człowiek przejdzie się kawałek dalej, trafia na Sausalito Houseboats i to miasteczko zaczyna nabierać sensu. Sausalito Houseboats to historyczna i artystyczna społeczność pływających domów na wodach zatoki. To ponad czterysta kolorowych i eklektycznych konstrukcji tworzy jedno z najbardziej rozpoznawalnych nabrzeżnych osiedli w USA. Nie wyglądają jak pokazówka dla turystów, tylko jak normalne życie — ktoś siedzi na tarasie, ktoś coś dłubie przy swojej łodzi, cisza, spokój, no stress. Sausalito to fajny początek dnia — niby niepozorny, zamglony, ale fest przyjemny.
A stamtąd już dosłownie rzut beretem do Point Cavallo, miejsca, które ustawia bardzo specyficzną perspektywę na Golden Gate i San Francisco. To miejsce leży w obrębie dawnego Fortu Baker — jednej z instalacji wojskowych, które jeszcze na początku XX wieku miały bronić wejścia do zatoki przed potencjalnym atakiem od Pacyfiku. Razem z fortami po drugiej stronie cieśniny fort tworzył system kontroli nad Golden Gate, zanim jeszcze most stał się ikoną regionu.
Dziś zamiast dział i żołnierzy panuje tu cisza i spokój. To jeden z naprawdę wybitnych punktów widokowych na cieśninę i most, pod warunkiem oczywiście dobrej pogody. Człowiek patrzy na most, patrzy na miasto i ma wrażenie, że jest jednocześnie bardzo blisko i zupełnie obok.
Golden Gate Bridge oddano do użytku w 1937 roku po czterech latach budowy i od początku był to jeden z najbardziej ambitnych mostów wiszących swoich czasów.
Ma niecałe 3 km długości, a jego główne przęsło liczy 1280 metrów, co przez lata stawiało go w światowej czołówce pod względem rozpiętości.
Charakterystyczny kolor „International Orange” dobrano nie tylko dla estetyki, ale też dla lepszej widoczności w częstych mgłach, które regularnie spływają nad cieśninę Golden Gate.
Przejazd przez most jest płatny, elektrycznie. Po południowej stronie, bez postojów ale już lżejszy o $10, trafiam na znacznie bogatszą infrastrukturę: parkingi, Visitor Center i tak dalej, w myśl zasady, że południowa strona cieśniny Golden Gate jest bardziej cywilizowana niż północna. Pod każdym względem. Most i cieśnina to wyraźna granica między uporządkowanym, miejskim rytmem San Francisco a surową, niemal nietkniętą przyrodą hrabstwa Marin.
Na północy wiatr od Pacyfiku i droga, która prowadzi z tajemniczego lądu i lasów sekwojowych. Na południu zwarta zabudowa, ruch i zgiełk aglomeracji. Obok takiego kontrastu nie da się przejechać, nie zauważając go. Most działa trochę jak przełącznik: kilka minut i z dzikich ostępów Redwoods, gdzie króluje skala i cisza, nagle trafiasz do serca zgiełku i aglomeracyjnego szumu. Ymcz, ymcz, ymcz (a może YMCA YMCA?), zamawiane blachy i szpan. I zombie. No właśnie.
Każdy przyjezdny chciałby się tanio przespać, zwiedzić, niedrogo zjeść i pojechać dalej. Prawda, że Ty też? No to proszę: oto hotel Epik, w sercu miasta. Tani i… no właśnie, taki trochę epicki. W środku Francja elegancja, a na zewnątrz? To, czego można się spodziewać w okolicach Turk Street, czyli… zombie. Na potęgę. Mieszkańcy ulicy, kartoniarze, których nogi poruszają się bez udziału mózgu, niczym witki wierzbowe. Niczym zawieszone komputery bez przycisku Reset. Oni najczęściej nie zrobią Ci krzywdy, bo zero kontaktu oznacza w sumie niewielkie zagrożenie z ich strony, ale kiedy tak śpią na tych kartonach na chodniku i robią pod siebie, dochodzi jeszcze kwestia estetyki. Ktoś powie: ot i folklor SanFran. No taaak, tyle że w innych częściach świata folklor to jednak co innego. Cudowne państwo Trumpa, mimo frazesów, też nie daje temu rady.
Melduję się w hotelu, zostawiam auto na płatnym (tyle co nocleg) parkingu i w drogę. Gdzieś czytałem, że ktoś wyjechał windą na ostatnie piętro Salesforce Tower. Nie powiem, fajnie by było zobaczyć miasto z tej perspektywy. Jednak za mało się postarałem: wyjazdy są okazjonalne i trzeba wcześniej mieć bilecik. Ach, to wcześniejsze bookowanie, zmora USA. Cieć przy windzie mówi, że nie ma opcji i wskazuje na ogrody Salesforce na dachu centrum przesiadkowego. No cóż… fajne, ale zbyt nisko i nie na jeden cenny dzień w SF.
Dobra, trudno. Zatem mały spacerek po downtownie: Plac Unii, drapacze chmur, piętrowe drogi i takie tam.
Bezkierowcowe Waymo zachęca do przejażdżki, ale jakoś tak nieufnie podchodzę do tej propozycji…
W pewnym momencie nawet czuję się jak aresztant z kryminału Streets of San Francisco. Michaela Douglasa tu wprawdzie nie widać, ale radiowóz jakby już na mnie czekał.
A cóż bardziej charakterystycznego mamy tu nieopodal? Ano, Powell Street, czyli pinezka legendarnych miejskich tramwajów linowych. No to wsiadam i jadę.
Kończę po drugiej stronie, to znaczy nad samą zatoką, na Hyde Street. Stąd kilka kroków do legendarnego Nabrzeża Rybnego (Fisherman's Wharf) i piętrowego mola Pier 39, na którym, spośród wielu mniej lub bardziej kiczowatych sklepików, trafiam do sieciówki Bubba Gump Shrimp Co. Żołądek wywinął mi się już na lewą stronę, więc to wystarczający powód, by to właśnie tu odpocząć i zjeść obiad.
Pamiętacie Bubbę z filmu Forrest Gump? Tego, co potrafił wymienić więcej sposobów na krewetki niż przeciętny człowiek zna dań obiadowych? I w sumie na tym właśnie zbudowano sieć restauracji Bubba Gump. Tu wszystko kręci się wokół jego obsesji: krewetki smażone, grillowane, w sosach, w kanapkach, w koszykach — trochę jakby ktoś wziął tę jego słynną wyliczankę i zamienił w kartę dań.
Do tego dochodzi filmowy klimat — tabliczki „Run Forrest Run”, czyli coś à la „gram dalej”. Cytaty, gadżety — i nagle się okazuje, że obiad to tylko dodatek. Tu liczy się wrażenie, zwłaszcza w takim miejscu jak Pier 39.
I taka ciekawostka: sklep jubilerski z preciosami z Hawajów, zawieszonymi Na Hoku. Czyli co, na Hawajach tyż gŏdajōm pō naszymu? Nieważne czy Pier 39, Hawaje czy koniec świata — Hanys i tak się znejdzie, i jeszcze zagodo tak, że od razu wiadomo, skōnd je 😉
Ociężały jak nisko bzyczący bąk, dolany jeszcze browarem, postanawiam co nieco spalić, więc wracam na piechotę. Te trzy kilometry? No co, że ja nie zrobię? Przede mną jednak Russian Hill. Szybko orientuję się, że to nie jest „powrót”, tylko coś jak wejście na Szyndzielnię. Na krótkim odcinku z oceanicznego zera robi się 80–90 metrów wysokości w bardzo krótkim dystansie (coś jak od Bałtyku do Poznania na jakichś dwóch kilometrach). Legendarne nachylenia łapią miejscami nawet ponad 30% i to fajnie widać, kiedy człowiek odwróci się frontem do elewacji budynków.
W oddali oczywiście Alcatraz na środku zatoki i wspaniałe panoramy. To esencja San Francisco: raz wspinasz się, za chwilę widok otwiera się na zatokę, potem znów w dół między kamienicami i tramwajami. Dystans na mapie wygląda niewinnie, ale realnie taki spacer potrafi nieźle zmęczyć. No, ale przecież po to się tu przyjeżdża, prawda?
CDN…











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz