19 czerwca 2025

ukradli Gertrudę!

Czwartek. Wyjeżdżam wcześnie, bo jeszcze przed dziewiątą. Jest słonecznie i ciepło. Ja już po śniadaniu i w pełni gotów do drogi, więc te sto pięćdziesiąt zaplanowanych kilometrów do Oregonu nie może się nie udać. Dziś muszę nadgonić czas i dać sobie szansę wyrobienia się na lot powrotny. Jeszcze wówczas nie mam pojęcia, jak bardzo tego dnia moje plany się posypią, ale… po kolei.

Zaplanowałem sobie, że z punktami milowymi będą całe pięćdziesiątki: pierwsza o 12:00, druga po 16:00, tak, żeby najpóźniej na 21:00 być już na pewno w Portland.
Od wczoraj jadę w zasadzie wzdłuż autostrady I-5. Ostatni raz przekraczam ją na moim siódmym tego dnia kilometrze i odtąd cisza, spokój i znów tylko te pojedyncze sielskie rancza wśród lasów. Praktycznie od samego początku droga jest równa i płaska, i ani wiatr nie przeszkadza. Dookoła niewielkie góry, mnóstwo zieleni, a ruch praktycznie zerowy. Po 10:00 jest coraz więcej słońca i temperatura taka, że mogę już zdjąć kurtkę. Owszem, jest zdecydowanie zimniej niż o tej porze roku w Rybniku, chociaż równoleżnikowo to przecież jakieś Węgry. No ale cóż, taki mamy klimat. No i te krajobrazy… tutaj można poczuć się jak w Beskidach!
Okej, może nie zawsze. W Napavine mijam przezabawny baner na płocie. Rodzina z tego domu to najwidoczniej zdeklarowani demokraci, bo hasło brzmi: Republika Bananowa – dzisiejsze USA. Jakże fajne i w punkt!

Amerykańska języka – trudna języka. Kiedy chcesz skorzystać z toalety, nie szukaj toilet, bo tego tu nie znajdziesz. Pomocny natomiast będzie pokój do solidnego odpoczynku, czyli: restroom.
Na trasie, jadąc, często spotkasz znaki: no outlet. U nas prędzej zinterpretowałbym to jako brak sklepu z wyprzedażami, ale nieee… To raczej „bez wylotu”. Będziesz się kręcić w labiryncie, ale ostatecznie i tak wyjedziesz w tym samym miejscu.
No i też, znów, nieźle można umoczyć w atmosferze Bytom Pogrzeby, widząc: dead end (dosłownie: martwą końcówkę). To tak samo oznacza „ślepa uliczka”. A dlaczego raz tak, a raz tak? Bo tutaj dojedziesz do fizycznej bariery. No tak, to istotna różnica.
I żeby było śmieszniej, oni mają tego więcej! Przykłady? Myślisz, że parkway to spokojna parkowa uliczka? A może parking wzdłuż drogi? Nie, to szeroka szosa dla ruchu kołowego, biegnąca przez park albo las. Można się nieźle naciąć, zwłaszcza na rowerze. No i uwaga na szerokie ramiona takiej drogi, bo tutaj shoulder to po prostu pobocze. Put your head on my shoulder brzmi w tym kontekście jakkolwiek… grobowo.

No dobra, bo już głodno godom. Przyzwyczaiłeś się, że w fast-foodzie bierzesz posiłek to take away? A tutaj bierzesz kanapkę i się z nią po prostu… wyprowadzasz: to take-out. A jeśli masz ochotę na smażone bycze jądra, to nic prostszego: zamów ostrygi z Gór Skalistych Rocky Mountain oysters – wow, no kto wymyśliłby coś bardziej standardowego? Aha, no i koniecznie zapij je drinkiem on the rocks, czyli z lodem. Fajne, nie?

Ale wszystko, co śmieszne, szybko się kończy. Jest samo południe. Na czterdziestym trzecim kilometrze, jeszcze przed Castle Rock, odkrywam ze zdumieniem, że w tylnym kole nie mam powietrza. Kiepskie to miejsce na naprawę, bo droga wije się raz w górę, raz w dół, praktycznie bez poboczy i wszędzie te paskudne bariery. Wreszcie znajduję taką niewielką zatoczkę z zarośniętą bramą, która gwarantuje mi, że nikt nie będzie mnie stąd przeganiał.
Teraz czas na stały element gry: ściągam sakwy, wyciągam narzędzia, stawiam Trudzię do góry kołami i działam. Ale ale, czy to jakieś zaćmienie, czy panika, czy co tam jeszcze? Chyba diabeł stoi koło mnie i mi to podszeptuje, ale dla wygody zakładania wpompowuję trochę powietrza do dętki, żeby łatwiej się ułożyła w oponie. Noż co za durny pomysł! Jak się nietrudno domyślić, po założeniu i przyszczypaniu jej kilkakrotnie łyżkami, nowo założona dętka jest również dziurawa. Cholera! No dobra, jeszcze raz, bo mam przecież jeszcze jedną dętkę. Tym razem już lepiej: udaje mi się napompować koło do potrzebnych pięciu barów i dętka wydaje się tym razem trzymać jak należy. Cała zabawa trwa do wpół do drugiej, więc nienormalnie długo, bo aż półtorej godziny. Plany już się wesoło pasą.

Stawiam Trudzię na koła, zakładam sakwy i jadę dalej. No nieee, lipa! Powietrze dalej ucieka, choć na szczęście wolniej. Ja, zaopatrzony w elektryczną pompkę, nie robię sobie z tego problemu. No trudno, będę dopompowywał co parę kilometrów i jakoś zajadę.
Taaaa… no i średnio co pięć kolejnych muszę się zatrzymywać. Nie jest to zbyt mądre, ale to przecież ostatnia dętka ratunku, a zabawa w klejenie łatek to coś, czego za wszelką cenę chciałbym uniknąć. Do końca dnia nie wpadam na prosty pomysł, że przecież nie przejrzałem opony pod kątem tego, co tak naprawdę w niej tkwi. A kolec/gwóźdź/niepotrzebne skreślić siedzi sobie w niej w najlepsze i rozwala kolejną dętkę.
Natomiast na chłodno kalkuluję, że w pierwszym większym mieście muszę znaleźć sklep rowerowy i kupić dwie nowe dętki. Po piętnastej jestem już w Longview, ostatnim bastionie Waszyngtonu. Korzystam z okazji, wbijam do Bob's Sporting Goods i uzupełniam zapas.

Teraz, ostatnie dopompowanie i wjeżdżam na most Lewisa & Clarka na rzece Columbia. To największa rzeka północno-zachodniej części USA i oś regionu Pacific Northwest. Ma ok. dwa tysiące kilometrów długości; wypływa w Kanadzie (Kolumbia Brytyjska), a do Oceanu Spokojnego uchodzi między Waszyngtonem i Oregonem. Stanowi też na długim odcinku granicę pomiędzy tymi stanami.
Obiekt, którym przejeżdżam, powstał w 1930 roku jako stalowy most kratownicowy nad Columbią, łączący Longview (Waszyngton) z Rainier (Oregon). Całkowita jego długość to ponad dwa kilometry. Nazwa upamiętnia ekspedycję Meriwethera Lewisa i Williama Clarka, która we wczesnych latach XIX w. dotarła do ujścia Columbii.
Po drugiej stronie od razu trafiam na Columbia River Highway, czyli oregońską stanową 30-tkę (OR-30). Szerokie pobocza i w sumie niewielki ruch dają mi prawdziwy komfort jazdy. Jedyny problem to ciągłe dopompowywanie tyłu, i to niestety coraz częściej. Już nie co pięć kilometrów, ale co cztery, a później nawet co trzy.

Słońce chyli się powoli ku zachodowi, więc ja jeszcze dociskam, bo co prawda mam już zabookowany motel w Portland, ale do niego nadal zbyt daleko, żeby wyrobić się za dnia. Na takie kolejne dopompowanie zatrzymuję się jakieś dwadzieścia kilometrów przed miastem. Kiedy tak pompuję, zatrzymuje się za mną na poboczu dostawczy Mercedes. Kierowca proponuje pomoc i podwiezienie. Jako że minęła już 21:00, przystaję na ten miły gest. Rozmontowuję sprzęt i osobno Trudzię, osobno bagaże, pakuję na tył. Jedziemy. Podaję gościowi adres i przed dziesiątą wieczorem jesteśmy już na miejscu.
To taki typowy parking motelowy: dziedziniec i dookoła bezpośrednie wejścia do pokoi. W recepcji pan, niezwykle uprzejmy, szybko potwierdza rezerwację i mogę pakować się do pokoju – drzwi dosłownie naprzeciw, na parterze. Widzę, ale nie zwracam uwagi na to, że na tym parkingu, na swoim bmx-ie robi pętelki jakiś Latino z czapką do tyłu. Prawie automatycznie pakuję do pokoju najpierw pierwsze dwie sakwy, potem kolejne… I nie ma mnie na zewnątrz może 3–4 sekundy, bo mam blisko. Wrzucam tak ostatnią sakwę, wracam po Trudzię, a Trudzi… słuchajcie, nie ma. Ale jak nie ma? Nieeee no, no niemożliwe, przecież z tyłu była pana. Niemożliwe! No ale jednak obiektywnie jej nie ma.
Biegnę do recepcji dwadzieścia metrów dalej i nawijam do gościa, że właśnie mi ukradziono rower. Szybka akcja, przewijanie zapisu monitoringu, jest! Faktycznie, pierdzielony Latynos z daszkiem na karku tylko czekał, aż schowam się do pokoju i sruuu! Dosiada Trudzi i siedząc, na tej panie, ucieka w kilka sekund na chodnik przy głównej drodze. Gdybym go dorwał w tym momencie, to dziś byście tego nie czytali – taki wtedy byłem nabuzowany. Hindus z recepcji uspokaja, że pewnie rower się znajdzie. Pyta, czy chcę powiadomić policję. No chcę, kurka jego mać, oczywiście, że chcę! Wybiera numer, oddaje mi słuchawkę. Zgłaszam. Okay, przyjedziemy. On ostrzega mnie, że to… potrwa. No i faktycznie, trwa. W tym czasie udaje mi się ustalić, że złodziej był elementarnie przygotowany: prawdopodobnie miał jammer GPS w kieszeni, bo tuż po kradzieży lokalizacja roweru rozjechała się losowo na cały świat. I tak na najbliższe półtorej godziny.

Patrol podjeżdża wreszcie na parking pół godziny po północy(!) Mógłbym już spać po 150-kilometrowej trasie, ale adrenalina trzyma mnie i jeszcze pewnie przez czas jakiś potrzyma. Za to udaje mi się ustabilizować pozycję nadajnika GPS, raptem jakieś pół kilometra od motelu.
Patrol Portland City Police to para, on: Latynos, ona: Rosjanka. Dlaczego o tym piszę, o tym za chwilę. Drobny wywiad – kto, kiedy, gdzie uciekł. Materiał dowodowy z monitoringu? Ależ owszem: proszą zarządcę motelu o stop-klatkę i robią… zdjęcie ekranu telefonem. Oryginalny plik z nagraniem, z którego dałoby się namierzyć sprawcę, nie jest im do niczego potrzebny.
Informują mnie, że zrobią objazd okolicy. No to może… zabrałbym się z wami? – Jak to z nami? Nie, to wbrew procedurom! – No ale jak? Mamy wspólnie namierzyć sprawców i odebrać przedmiot. Ja mam namiar, wy macie siłę perswazji. Co ma się nie udać?

Wreszcie, korzystając z mocniejszego argumentu (moja legitymacja IPA), przekonuję ich. Siadam z tyłu do suki i jeździmy tak sobie trzy kolejne godziny po okolicznych osiedlach. Wskazuję im miejsce sygnału, ale oni uparcie twierdzą, że mają obowiązek objechać wszystko po kolei. Rosjanka zagaduje mnie na różne tematy, a ja, że rosyjski znam ze szkoły podstawowej i średniej, podejmuję tę komunikację. Nie no, przecież rosyjski to taki naturalny język w USA… A oni? Jakby grali na czas. Wreszcie dobrze po drugiej w nocy wbijają na posesję, z której dochodzi sygnał. Szczegół, że to najbardziej zachwaszczona działka w całej dzielni. Mówiąc wprost: melina. Teren jest o tyle ciekawy, że wzdłuż drogi, z tyłu kolejnych posesji, ciągnie się jakiś taki nieczynny miejski park. Ten park z drugiej strony, od autostrady (North Going Street), która tam biegnie, jest szczelnie ogrodzony i nie ma do niego w ogóle wstępu. Kolejne posesje graniczą z nim wysokim betonowym murem, a w tym miejscu ten mur ma potężną wyrwę. Dziurę, przez którą da się swobodnie przechodzić.
Policjanci dzwonią, otwiera śmierdzący chińczyk w poklejonych szarą taśmą adidasach, jakieś 2m10 wzrostu. – Przepraszamy, ale na pana posesji jest chyba ukradziony rower. – Oooo, na mojej posesji? Ale skądże, możecie się rozejrzeć. – Trochę łażą, machają latarkami. No nie, nie ma. To my bardzo przepraszamy.
Nie wchodzą, nie sprawdzają. Przez wyrwę w murze nawet nie próbują zajrzeć, choć stamtąd dochodzi sygnał GPS. Gestykuluję, żeby tam weszli, ale nie. Portkami trzęsą jak tylko się da, choć przecież mocodawcy wyposażyli ich w środki, o których polskie straże miejskie jeszcze długo będą mogły tylko pomarzyć.
Gdzieś koło trzeciej nad ranem odstawiają mnie do motelu. „Będziemy w kontakcie, jak tylko śledztwo pchniemy do przodu”. Wizytóweczki. Ja-ja-ja. Akcja żenada. Tak to sobie trzeba powiedzieć wprost. Ale – no jasne. Dziś już nic nie ugramy. Pora spać. To już prawie trzecia rano!

CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz