Długo mi zeszło rano. Wciągnąwszy w hotelu Red Lion nieszczególnie dobre śniadanie i nielimitowaną kawę, które amerykanie mają zawsze w cenie, o wpół do dwunastej pojawiłem się na trasie. Niedostatki dla ciała miał mi wynagrodzić cel dzisiejszego etapu, czyli uczta dla ducha. Każdy fan serialu Twin Peaks o tym marzy i nie, moi drodzy, nie jest to siedziba Microsoftu. Tyle folku w pigułce, a teraz szczegóły.
Pierwsze kilometry mijają mi wzdłuż hałaśliwej stanowej WA-405, wyprowadzającej ruch z Bellevue na północ. Nic przyjemnego, zwłaszcza, że cały czas jest trochę pod górę. Po jakimś kilometrze i pół skręcam już na wschód, znów przyklejony do kolejnej stanowej highway, ale tu na szczęście wszędzie są porządne drogi rowerowe, solidnie odseparowane od autostrady, więc jedyna niedogodność to hałas i spaliny. Tak aż do ósmego kilometra trasy. Kwadrans po dwunastej docieram do miejsca, o którym może nie marzy linuksiarz taki jak ja, ale bez sensu byłoby je ominąć: siedziba główna Microsoftu w Redmond.
Legendy głoszą, że w latach osiemdziesiątych Bill Gates wykupił okoliczne kurze fermy, by postawić na nich kampus Microsoftu. I wiecie co? To nie są legendy! Tak było naprawdę i te informacje można odnaleźć w internetach. Nie wiedziałem o tym, dopóki ktoś tu na miejscu mi tego nie podszepnął. Ale kto…? Nie pamiętam.
Jest taki film fabularny „Piraci z Krzemowej Doliny (1999)”, który luźno i trochę prześmiewczo przedstawia historię rywalizacji między Gatesem + Allenem (Microsoft) a Jobsem + Wozniakiem (Apple). Film dzieje się w Krzemowej Dolinie, co nigdy nie miało miejsca, ponieważ Microsoft nigdy nie miał głównej siedziby w Kalifornii. Zaczynał w Albuquerque w Nowym Meksyku, później na kilka lat przeniósł się do Bellevue w Waszyngtonie. Ale nigdy nie rezydował w Kalifornii. Nawet dziś firma ma tam jedynie oddział.
Microsoft chyba pozazdrościł trochę Hollywood i jego Alei Gwiazd, bo na kampusie w Redmond, między budynkiem 16 i 17, zrobił swoją własną, z tym że tutaj zamiast dredu Whoopi Goldberg czy zdewastowanej gwiazdy Donalda Trumpa, znajdziecie logo Microsoft Office, Excel czy Word. Wartość? Kicz? To już pozostawiam Twojej, Drogi Czytelniku, ocenie.
Około w pół do drugiej uciekam z tej świątyni szatana 😜 i teraz cel jest już tylko jeden i lśni na firmamencie: Twin Peaks. Początkowo przyjemnie z górki i na południe, bo trzeba okrążyć jezioro Sammamish, ale na dwudziestym kilometrze już zdecydowanie na wschód w góry, a więc znów wzniosy. Za Issaquah, mimo że nadal wzdłuż autostrady, to jednak droga rowerowa wije się wśród lasu sosnowego i coraz gęstszych zarośli, czym coraz bardziej wprowadza mnie w prawdziwy klimat serialu.
Spotykam tu innego rowerzystę, który rekreacyjnie i na pusto zmierza w tym samym kierunku. Skąd, dokąd i po co – standardowe pierwsze pytania. Meta w LA? No, ładnie ładnie. Mówię mu, że ja nie trzymam jakiegoś dużego tempa jazdy, bo ciągnę ze sobą prawie pięćdziesiąt kilo sprzętu, a poza tym nie jestem już dwudziestolatkiem. No i gościu mi odpala: nie narzekaj, ja mógłbym być twoim ojcem! Okazuje się, że facet jest po siedemdziesiątce, a w sumie wygląda młodziej ode mnie. Ech ta hameryka…
Fajnie, bo mimo że w górę, to podczas rozmowy czas biegnie mi zdecydowanie szybciej i niepostrzeżenie leśny dukt wyprowadza z powrotem na drogę dla samochodów. Gość zawija z powrotem do Issaquah a ja przejeżdżam małą miejscowość Preston a po niej znów trafiam na dukt, tym razem prowadzący leśnym asfaltem łagodnie i wygodnie w dół, do Fall City. Zanim jednak dotrę do miasteczka, z rowerowego leśnego duktu znów wyjeżdżam na drogę samochodową. W Fall City za stacją Chevronu trzeba przejechać szeroki most na rzece Snoqualmie i za nim skierować się w prawo. Stąd, wzdłuż rzeki, droga znów zaczyna piąć się w górę. Wokół krajobraz zasadniczo niewiele różni się od naszych Beskidów: gęste lasy, wszędzie wokół zielono, jakby natura chciała udowodnić, skąd na waszyngtońskich tablicach rejestracyjnych wzięło się hasło „Evergreen State”. To fakt. Jest wiecznie zielony i widać to wszędzie dookoła. Nawet powiedziałbym, że posępnie zielony, bardzo ciemnozielony, tę aurę dobitnie widać i czuć w serialu.
To właśnie tutaj David Lynch i Mark Frost umieścili akcję hipotetycznego miasteczka Twin Peaks i to tutaj znajduje się najwięcej fizycznych miejsc, które pojawiły się w kadrach.
Pierwszym punktem zwiedzania jest wodospad Snoqualmie Falls z charakterystycznym, wiszącym nad nim Salish Lodge & Spa, który w serialu gra hotel The Great Northern. Wysokość wodospadu to aż 81 metrów czyli o trzydzieści więcej, niż taka na przykład Niagara.
W hotelu The Great Northern filmowy Ben Horne ma swoje biuro z naściennymi indiańskimi malowidłami, które tak naprawdę znajdują się zupełnie gdzie indziej, bo w Kiana Lodge. To tutaj agent specjalny Dale Cooper w pokoju 315 ma wizję Olbrzyma, a Audrey Horne uwodzi go, jak tylko się da.
Kusiło mnie nawet przez moment, żeby spróbować zameldować się w Salish do pokoju na poddaszu, tam gdzie agent Cooper. Miałem nawet naiwną nadzieję, że będzie miał numer 315. Ale nieee, nic z tych rzeczy. Hotel ma cztery gwiazdki i co by nie gadać bajeczne położenie, przez co jest koszmarnie drogi. Doba kosztuje tu niczym na Malediwach – nawet jakieś $500 za noc, w zależności od pokoju. Zadowalam się więc sesją zdjęciową z tarasu widokowego na wodospad. Oczywiście wszędzie wokół zakazy dronowe z hydroelektrowni, która znajduje się poniżej. Poza sezonem może bym i zaryzykował, ale mamy czerwiec, piękną pogodę i dzikie tłumy wokół, więc o efektownych ujęciach z mojego Hovera mogę zapomnieć, zaraz ktoś by mnie zadenuncjował. Pozostaje zatem Gopro na sticku.
Na hotelowym dziedzińcu, jak na gwiazdę filmową przystało, znajduje się sklep z pamiątkami Twin Peaks. Wybieram sobie czarną koszulkę z napisem: „sowy nie są tym, czym się wydają”. Teraz, gdy to piszę, mam ją nawet na sobie. Sentyment do filmu czuje się tu wszystkimi zmysłami, ale nie można tkwić w jednym miejscu wiecznie, a już prawie piąta po południu.
Ruszam więc dalej. Po kolejnych trzech kilometrach mijam stalowy most kolejowy Ronette Pulaski, do którego wrócę za chwilę. Na razie mój cel to miejsce witacza miasteczka Twin Peaks, z szeroką panoramą masywu Mount Si. To właśnie ten masyw pojawia się w czołówce jako symboliczne tło miasteczka. Ze względu na bliskość Seattle to wręcz „weekendowa góra” dla mieszkańców regionu. Dziś nie da się już odnaleźć stuprocentowo wiernego miejsca nad rzeką z czołówki serialu, a to dlatego, że parę lat temu woda zabrała większą część gruntu znajdującego się po prawej stronie drogi, łącznie z niektórymi drzewami. Witacza oczywiście też nie ma – kilkakrotnie padał łupem rabusiów i w końcu zrezygnowano z ciągłego odtwarzania go przy drodze. Słupy energetyczne przeniesiono na lewe, bezpieczniejsze pobocze. Zostało to co zostało. Ja do zdjęcia ustawiłem się nieco z dystansu, niż podpowiada kadr z czołówki, bo w międzyczasie drzewa – te których nie zabrała woda – rozrosły się i Mount Si stamtąd widać dziś już raczej kiepsko. Oceńcie sami. Po Mount Si trochę się wracam, skręcam w boczną drogę i odnajduję biuro szeryfa Twin Peaks. Obecnie w tym długim parterowym budynku znajduje się szkoła rajdowa Dirt Fish. Dziś odbywają się w niej kursy i treningi kontroli pojazdu, technik rajdowych i jazdy na luźnej nawierzchni. Ale radiowóz szeryfa Trumana trzyma się dziarsko i jak stał, tak stoi, i pewnie jeszcze postoi 🥰 Naprzeciw szkoły tkwi jeszcze komin starej cegielni – w tym miejscu Lynch umieścił tartak Packardów, który spłonął w drugim sezonie. Oczywiście na „posterunku” próżno szukać szeryfa Harry'ego S. Trumana czy jego brata Franka z trzeciego sezonu. Ja spotkałem współwłaściciela szkoły rajdowej, który akurat zamykał i zasugerował mi opuszczenie tego miejsca. Poprosiłem o ostatnie pięć minut, abym mógł tylko skończyć zewnętrzne ujęcie z drona. Gdy wracałem, czekał już na mnie przy bramie wjazdowej, która typowo anglosaskim zwyczajem pełni rolę szlabana na drodze dojazdowej.
Zjeżdżając do skrzyżowania z główną drogą, trafia się wprost na most Ronette Pulaski, o którym już wcześniej wspomniałem. Ten most też lat temu parę uległ dewastacji, tzn. spłonęła część, która znajdowała się nad asfaltową drogą. Ocalała jego część bezpośrednio nad rzeką, a lokalni decydenci postanowili zdjąć tory kolejowe i zastąpić je asfaltem, by w ten sposób wykorzystać obiekt jako początek trasy rowerowej do North Bend. Szczegół, że początek trasy rowerowej zaczyna się… stromymi schodami. Dla sakwiarza oznacza to tylko jedno: trzeba rozmontować toboły, wnieść wszystko osobno na górę i zmontować z powrotem. Trochę to mało intuicyjne, ale przecież kto w USA jeździ rowerem z sakwami?
Tym mostem po torach wracała chwiejnym krokiem Ronette, po nocy, podczas której Bob zamordował Laurę Palmer. Dziś z mostu do rzeki skaczą śmiałkowie, więc latem bywa tu całkiem hałaśliwie.
Ja po zmontowaniu sprzętu robię ostatnie pięć kilometrów prostą jak stół żelazną drogą rowerową do centrum niewielkiego North Bend. Mam tu zarezerwowane spanie nad południową odnogą rzeki Snoqualmie, w apartamencie Moon River Suites. Cały bliźniak jest mój, i nie było w zasadzie innego wyboru. Tanio nie jest, ale i tak sporo taniej i ciszej niż nad wodospadem u Bena Horne'a. Czego się nie robi dla bycia ciałem i duchem w Twin Peaks?
Wieczorem wybieram się jeszcze na spacer. Bary przy głównym skrzyżowaniu, wszystkie ze zjawiskową panoramą Mount Si, robią taki klimat, którego wielu fanów mogłoby mi tylko pozazdrościć. To miejsce gra centralne skrzyżowanie serialowego Twin Peaks i choć sygnalizatory świetlne dziś już nie kołyszą się na kablu, to, wierzcie albo nie, miejsce nadal ryje beret i wyrywa z kapci. To jest dokładnie to miejsce!













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz