15 czerwca 2025

miejsca Twin Peaks, pierwsza odsłona

W okolicach południa poszedłem odebrać Gertrudę. Pan z serwisu powiedział, że co prawda nie miał takich pasujących uszek do bagażnika Crosso (jak mógł nie mieć części do polskiego bagażnika, no jak?) ale zrobił co się dało, tzn. dorobił ekstra blaszkę i dociągnął ją śrubami, więc powinno to dojechać do LA.

Bardzo się postarał, ale powiedział, że jego wykonanie było na tyle chałupnicze, że nie chce ode mnie ani centa. Zaskoczony, dałem mu chociaż napiwek, bo nie chciałem z kolei to ja poczuć się jak sęp nad padliną.
Zanim wyruszyłem w trasę, podjechałem jeszcze do Outdoor Emporium na przedmieściach po parę sprawunków, których nie mogłem zabrać ze sobą do samolotu (gaz na niedźwiedzie, zapalniczka i takie tam). Następnie wróciłem do miasta, od razu kierując się do terminala promowego na wyspę Bainbridge. Plan miałem taki, żeby najpierw odwiedzić Kiana Lodge – dom weselny, który w serialu Twin Peaks zagrał kilka ról: Blue Pine Lodge, czyli dom Packardów i Martellów, wnętrza hotelu The Great Northern, a także olbrzymi pień daglezji, wyrzucony na brzeg jeziora. Przy tym pniu Pete Martell, idąc na ryby, odkrył zawinięte w worek zwłoki Laury Palmer. To jedna z pierwszych scen pilotowego odcinka pierwszej serii.
Z przystani promowej do hotelu mam czternaście kilometrów pagórkowatą i dosyć mocno obciążoną drogą, ale po niecałej godzinie jestem już na miejscu. Popołudnie, słońce w odwrocie, ale na szczęście dzień długi, więc można działać.

Przed przyjazdem zerknąłem sobie na stronę Kiany, żeby sprawdzić możliwości wbicia się na ten, bądź co bądź, prywatny teren. Nie wyglądało to dobrze: „Fanów Twin Peaks serdecznie zapraszamy, ale prosimy o telefon przed przyjazdem, by upewnić się, czy obiekt akurat jest dostępny.” Początkowo biję się z myślami. Dzwonić, nie dzwonić? A co, jeśli mi powiedzą, że nie?
Umawianie się to jednak zbyt duże ryzyko, więc poszedłem na żywioł, i dobrze. W ośrodku akurat odbywało się wesele, więc gdybym zadzwonił, spławiliby mnie. A tak, dość niepostrzeżenie przemknąłem boczkiem między budynkami, zostawiłem Trudzię przy brzegu i poszedłem kręcić rolki. Minęło dobre 10-15 minut, zanim pojawił się pierwszy kelner i kazał spływać. Wytłumaczyłem, że nie co dzień robi się dziesięć tysięcy kilometrów, by obejrzeć miejsca związane z ulubionym serialem. Obiecałem, że długo nie zabawię i pozostanę niewidzialny dla weselników. To oznaczało, że do głównego budynku na pewno nie wejdę. Na szczęście chata, która zagrała w filmie dom Pete'a, była pusta i mogłem się do niej wśliznąć na moment, by uchwycić choć te legendarne murale w stylu Tlingit-Haida. Oczywiście nie jest to Killer Whale, którego w filmie na ścianie biura miał Ben Horne, ale styl i wymiary są te same.
Kiana Lodge to najważniejsze miejsce na północno-zachodnim Pacyfiku, głęboko zakorzenione w lokalnej kulturze i sztuce rdzennej ludności. Chociaż ośrodek jest własnością plemienia Suquamish, charakteryzuje się znaczącymi wpływami artystycznymi i kulturowymi tradycji plemienia Tlingit-Haida, odzwierciedlając szeroko style artystyczne północno-zachodniego wybrzeża USA. Kiana Lodge, będąc domem weselnym, służy również jako miejsce ważnych wydarzeń, takich jak uhonorowanie Starszych Plemiennych Suquamish.
Charakterystycznym elementem kultowym na terenie kompleksu jest totem Thunderbirda w pobliżu brzegu. Pojawia się on na planie pierwszego sezonu serialu, a tutaj z drona też bardzo dobrze widać, jak istotne zajmuje on miejsce na posesji (film na ten temat wrzucę w kolejnym odcinku bloga).
I jeszcze słów kilka o innym aktorze serialu, czyli ogromnym pniu daglezji, pod którym znaleziono zwłoki Laury. Jeśli przyjrzeć się kadrowi z pierwszego odcinka pierwszej serii Twin Peaks, jego miejsce nad wodą jest dziś zupełnie inne. Początkowo sądzono, że dla wygody właściciele obiektu przesunęli go pod murek, bardziej wgłąb lądu. Ale nic podobnego. Rzadko, ale jednak, zdarzają się tutaj tzw. king tides, czyli królewskie fale albo królewskie pływy i to właśnie te siły zdryfowały kilka lat temu kloc pod mur oporowy. Nawet kilku silnych mężczyzn nie dałoby rady zrobić tego ręcznie, a użycie ciężkiego sprzętu nie byłoby ani łatwe (bez zniszczenia okolicy) ani sensowne.
Zaspokoiwszy ciekawość i nie chcąc dłużej przeszkadzać weselnikom, ruszam w drogę powrotną na prom do Seattle. Dzień ma się już ku końcowi, słońce świeci nisko nad horyzontem, kiedy docieram do portu. Rejs powrotny daje mi rzadką okazję wypatrzenia Mount Rainier, ośnieżonego i ledwie widocznego zza mgły wulkanu, groźnie górującego nad okolicą i wyglądającego przy pagórkowatym brzegu zatoki kompletnie nierealnie. Zupełnie, jakby ktoś wyciął i wkleił taki obrazek bez zawracania sobie głowy skalą. Ale nie, ja go widzę na własne oczy i aż przecieram je ze zdumienia.
Mount Rainier albo Tahoma (Tacoma) to czynny stratowulkan, osiągający wysokość prawie 4400 metrów npm i ponad 4000 metrów wysokości względnej. Leży tylko 90 km na południowy wschód od Seattle. To najwyższy szczyt Gór Kaskadowych a także najwyższy punkt w stanie Waszyngton. Ze względu na duże prawdopodobieństwo wybuchu w niedalekiej przyszłości i bliskość aglomeracji, Mount Rainier jest uważany za jeden z najniebezpieczniejszych wulkanów na świecie.
Muszę jeszcze dziś zrobić trochę kilometrów, bo mało ich. Za mało. W aglomeracji Seattle ciężko o jakikolwiek camping. Na dziko też nie da się nigdzie wbić, bo zabudowa jest gęsta i taki numer po prostu nie przejdzie. Dlatego koniec końców rezerwuję sobie spanie za milion monet w hotelu Red Lion w ścisłym centrum Bellevue. Kierunek wschodni się zgadza – jutro w planach mam dotarcie do głównych miejsc serialu Twin Peaks, czyli Snoqualmie i North Bend, w górach. Po opuszczeniu promu robię więc jeszcze 22 kilometry, ale już przed dłuuugim mostem przez Jezioro Waszyngtona robi się ciemno. Mając pewność spania mogę jednak jechać przecież i po ciemku. To nie problem, zwłaszcza, gdy wokół wszystko oświetlone i jasno prawie jak w dzień. Przed dziesiątą wieczorem zawijam na miejsce. Nie zrobiłem dziś szaleńczej trasy, raptem jakieś 60 km, ale przecież na razie zwiedzam.
Dobranoc, kochany dzienniczku. Chyba już dziś nic nie napiszę.

CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz