Jak ja uwielbiam upały! Taak, jestem stworzeniem zdecydowanie ciepłolubnym. Zima jest może i fajna, żeby pojeździć na nartach, ale w sumie to tyle. Nie przepadam nawet za tak zwanymi temperaturami optymalnymi. Ludzie, których spotykam, lubią, kiedy jest nie więcej niż te dwadzieścia kilka stopni. Ja muszę mieć cieplej. I dziś właśnie będzie cieplej.
A co w planach? Niespieszny objazd Doliny Śmierci. To oznacza – ile zobaczę, tyle będzie zobaczone. Bez gonitwy i bez tego typowego turystycznego ciśnienia, które zazwyczaj mi towarzyszy. Jestem tu prawdopodobnie jedyny raz w życiu i chcę delektować się tym wspaniałym miejscem. Obszar parku jest rozległy i wszędzie niespecjalnie blisko, więc jeden dzień to i tak niewiele, bardzo niewiele.
A co w planach? Niespieszny objazd Doliny Śmierci. To oznacza – ile zobaczę, tyle będzie zobaczone. Bez gonitwy i bez tego typowego turystycznego ciśnienia, które zazwyczaj mi towarzyszy. Jestem tu prawdopodobnie jedyny raz w życiu i chcę delektować się tym wspaniałym miejscem. Obszar parku jest rozległy i wszędzie niespecjalnie blisko, więc jeden dzień to i tak niewiele, bardzo niewiele.
Kiedy tak słońce przypieka i rtęć szybuje powyżej trzydziestki, zaczyna się marudzenie. Dziś rano maruderzy temperaturowi mieliby tu obok mnie szerokie pole do popisu. Po ósmej rano gramolę się z glampa a z nieba już trzydzieści stopni i lampa :D Co pustynia, to pustynia. Jestem w Panamint Valley, czyli jeszcze nie w tej właściwej dolinie, tylko dopiero w jej przedsionku i nadal jeszcze kilkaset metrów nad poziomem morza. To co to dopiero będzie, jeszcze pół kilometra w dół?
A tutaj człowiek naprawdę czuje, że jest na Dzikim Zachodzie. Po pierwsze, droga bez zakrętów, widoczna hen na kilometry do przodu. Poza tym moja dzisiejsza wioska, Panamint Springs, to po jednej stronie drogi motel z restauracją, kilka bungalowów, sklep, stacja benzynowa, a z tyłu pas startowy. I to wszystko.
Po drugiej wyłącznie kemping, tzn. jeśli ktoś chce, może oczywiście rozbić namiot, ale po co, skoro za niewielkie pieniądze można sobie wynająć glamp, który stoi na drewnianym fundamencie, ma podłogę, naprawdę gruby brezent i całkiem niezłe, szczelne zamknięcia. Dość skutecznie ochrania to przed nieproszonymi zwierzątkami. Inna kwestia, że podłoże tutaj to solidnie ubita ziemia, żwir i luźne kamienie. Gleba jest sucha i gęsta, typowa dla pustyni, więc wbijanie śledzi, które mam ze sobą, skończyłoby się co najwyżej zrobieniem z nich fikuśnych figurek o nieregularnych kształtach. A po co mi to?
Wychodzę więc, pakuję się i… nie, jeszcze nie w drogę. Po drugiej stronie drogi jest przecież restauracja, a w niej śniadanie „zawsze w cenie” i nielimitowana lura kawowa. Bonusik. Wciągam więc jajotosta i przypalonego na chrupko bekona, wypijam tyle kawy, ile tylko daję radę i ruszam.
Sprzęt powierzony dba dziś o właściwą dawkę emocji. Mój Szewrolet nieśmiało mnie informuje, że czas na zmianę oleju. Myślę sobie: spoko, to nie powód do paniki. Przyjdzie czas, przyjdzie i olejek. Poza tym, czemu ja? Ale też, jakoś tak nieszczególnie lubi on podjazdy w wyższych temperaturach, bo jeszcze przed osiągnięciem przełęczy Towne silnik traci moc zupełnie jak w trybie serwisowym, mimo że nie ma żadnego nowego komunikatu. I to na środku pustyni, cóż za stressmaker! Ale luz, po krótkiej pauzie odpalam go ponownie i jest okej, więc cóż, ten typ chyba tak ma. Trudzia nie robiłaby mi takich cyrków 😉
Zjeżdżam do właściwej Doliny Śmierci i mimo że góry zostały już za moimi plecami, to jednak teren wciąż się obniża. W Stovepipe Wells jestem już na poziomie morza. Ta niewielka wioska stanowi swoistą bramę do parku narodowego – to tutaj (teoretycznie) należy uiścić opłatę wjazdową. Ja nie muszę – mam kartę America the Beautiful, która tutaj jest respektowana.
Sama wioska ma krótką, ale ciekawą historię. Na długo przed powstaniem miejscowości w obecnym kształcie stare Stovepipe Wells stanowiło ważne źródło wody w północnej Dolinie Śmierci. Początkowo było ono ukryte pod ruchomymi piaskami, ale jako znane głównie z przekazów ustnych, odnalezienie go stanowiło nielada wyzwanie dla spragnionych podróżników. Ostatecznie jakiś pomysłowy poszukiwacz włożył do studni kawałek rury kuchennej (stovepipe), tworząc widoczny znacznik dla podróżnych – i stąd właśnie dzisiejsza nazwa miejscowości.
Stąd, po kilkunastu kilometrach na południe, osiągam Furnace Creek – miejscowość pełną amerykańskiej megalomanii, a jednocześnie ignorancji wobec otaczającej ją natury i historii. Zbudowane tutaj – pamiętajmy: w samym sercu parku narodowego – pole golfowe, dla niektórych będzie pewnie przejawem triumfu człowieka nad siłami natury, ale w gruncie rzeczy to po prostu najniższy absurd świata (dwuznaczność celowa).
Pomysł na 18-dołkowe pole golfowe w najgorętszym miejscu na Ziemi jest jak dla mnie po prostu szalony. Furnace Creek Golf Course to najniżej położone pole golfowe na świecie (65 m poniżej poziomu morza). Ktoś powie: jeśli ich stać, to czemu nie? Ano temu, że od wieków to ziemia święta Szoszonów, zepchniętych na margines do małego obozu na obrzeżach miejscowości. Tylko tyle i aż tyle.
Żeby nie było zbyt ponuro, w Furnace Creek znajdziecie też pewien znaczący pozytyw – centrum gości (Visitor Center) parku narodowego. To tutaj można odnaleźć kawałek cienia i dowiedzieć się wielu interesujących faktów na temat samego parku. Tak naprawdę w Stovepipe Wells obiekt NPS jest chyba na stałe zamknięty, a zwiedzających kieruje się po bilet do parku właśnie tutaj. Muzeum jest, rzecz jasna, obiektem NPS (służby parków narodowych), a więc agendy państwowej, a nie prywatnego inwestora. I tę różnicę tu czuć.
Za Furnace Creek opuszczam stanową 190-tkę i zjeżdżam na totalnie boczną drogę wzdłuż wyschniętego koryta Amargosa River. Wykwitami solnymi, to miejsce trochę przypomina wybrzeże Morza Martwego. Płaskim terenem docieram do najbardziej charakterystycznego miejsca: Badwater Basin, czyli Basenu Złej Wody.
Dlaczego złej? Legenda głosi, że pewien geodeta, podróżujący przez Dolinę Śmierci, próbował napoić swojego muła w niewielkim zbiorniku wodnym, który znajduje się tuż przy dzisiejszym pomoście. Muł stwierdził, żeby pan punkął się w łeb. Prędzej nakryje się kopytami, niż napije tej słonej wody. Wędrowiec, nie sprawdzając zasolenia, oznaczył to miejsce jako „zła woda”.
Jednak woda tutaj nie jest tak naprawdę zła (kiedy w ogóle jest), tylko wy-bit-nie słona. I pomimo tak wysokiego zasolenia wiele organizmów nie tylko przeżywa, ale też rozwija się: basen jest domem dla endemicznego ślimaka, a krawędź jeziora usiana jest roślinami tolerującymi sól.
Przy zejściu na dno słonego jeziora znajduje się znak ostrzegający przed niebezpieczeństwem ekstremalnych upałów. Akurat mamy po 13:00, więc może i nie wszedłbym, gdybym nie lubił upałów. Ale tablica jest zacna i nawet trochę potłumaczona na języki. Na przykład: Uwaga. Chodzenie po 10 rano jest bardzo niebespieczne. Powiększcie sobie, piąty wiersz na białym polu.
Respect! Amerykanie wiedzą, które języki świata są najważniejsze. Ale co z tego, kiedy Grzesista i tak wziął i wlazł. I nawet czarny plastikowy dron polatał i mu się nie roztopił. Termometr przed wyjściem z auta pokazywał magiczne 112ºF, czyli jakieś 45ºC, więc jednak nie poszalał zbytnio 😉 Pocieszające, że w tym dniu było tutaj po prostu zimno. Widełki z czerwca i lipca to min 43ºC, max 57ºC❗ A nocą wręcz lodowate 30ºC.
W drodze powrotnej zawijam w jeszcze bardziej boczną, tym razem już jednokierunkową Drogę Artysty. Artist's Palette to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w Dolinie Śmierci, które wygląda, jakby gigantyczny malarz wylał swoje farby na zbocza Black Mountains. Prawda, że natura potrafi być ekstrawagancka?
A skąd te barwy? To efekt gwałtownej przeszłości wulkanicznej i powolnie działającej chemii. Kolory powstały przez utlenianie się różnych minerałów zawartych w popiołach wulkanicznych i osadach. I tak: czerwienie, róż i pomarańcz to zasługa tlenków żelaza. Zieleń i turkus to rozkład miki i chlorytów, choć błędnie przywodzą na myśl tlenki miedzi. Fiolet i lawenda natomiast, to efekt obecności manganu (wow!). Wreszcie żółć i złote odcienie pochodzą od limonitu.
Nie było mi dane dotrzeć tu późnym popołudniem, kiedy słońce chyli się ku zachodowi i „złoci” widoki. Jest, co jest – częściowo z drogi, a kilka sekund również z drona, którego przecież nie wolno odpalać w parkach narodowych. No co za niefart, już drugi raz dzisiaj (gdy nie ma turystów wokół, to jesteśmy nie-grzeczni, ho!)
Na koniec dnia wracam na stanową 190-tkę i stromo pod górę wspinam się do Punktu Zabriskie. Roztacza się stąd jeden z najbardziej spektakularnych widoków na dolinę, a przy okazji na bardzo charakterystyczne rzeźby terenu. W okolicach Zabriskie Point (a konkretnie w sąsiednim Twenty Mule Team Canyon) kręcono sceny do Gwiezdnych Wojen – Powrót Jedi. To tam R2-D2 i C-3PO maszerują piaszczystą drogą do pałacu Jabby na Tatooine.
To, co widać na zdjęciach, to osady z dna prehistorycznego jeziora Furnace Creek Lake, które wyschło około 5 milionów lat temu. Charakterystyczne żółte i brązowe pasy to warstwy mułu, żwiru i popiołu wulkanicznego.
Ostatni punkt programu, już w drodze powrotnej, to krótka wizyta na wydmach Mesquite – ruchomych piaskach, o krórych pisałem na początku tego odcinka, przy okazji Stovepipe Wells. To właśnie te piaski były odpowiedzialne za skuteczne zasypywanie studni w okolicach miasteczka i dzięki nim powstała historia o rurze kuchennej.
Dzień zbliża się nieuchronnie ku końcowi. Wiem, czego już nie zobaczę i czego na pewno będę żałował: żeglujące kamienie na dnie wyschniętego jeziora Racetrack Playa. To jedno z najbardziej tajemniczych zjawisk na Ziemi. Głazy, czasem ważące nawet ponad 300 kg, kroczą, albo „żeglują” po idealnie płaskim terenie, pozostawiając za sobą długie, czasem kilkusetmetrowe ślady. Przez dziesięciolecia nikt nie widział ich w ruchu, co rodziło teorie o polach magnetycznych, huraganowych wiatrach, a nawet kosmitach. Oczywiście, zagadka jest dziś rozwiązana, ale nie będzie mi dane ich zobaczyć, ponieważ nie mam do tego sprzętu. To 43 km jazdy po skrajnie wyboistej, szutrowej drodze pełnej ostrych kamieni. Niezbędny jest samochód z wysokim zawieszeniem i napędem 4x4 oraz solidnymi oponami, którego ja… po prostu nie mam. Poszukajcie koniecznie, co stoi za tymi ruchami. Bardzo ciekawy temat.
Koniec końców, zawijam na spanko ponownie do Panamint Springs. Miło tu było ubiegłej nocy. Nic sensowniejszego i tak nie znajdę, więc po co wymyślać koło od nowa? Dobranoc. A, no i znów to rozgwieżdżone niebo…
CDN…










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz