22 czerwca 2025

California love!

Przebudziłem się w samochodzie dość wcześnie, jeszcze przed szóstą. Pierwsza noc na tyłach tego mojego tymczasowego dyliżansu nie należała do jakichś wybitnie wygodnych, ponieważ po złożeniu tylnej kanapy nie przekonałem podłogi, żeby zrobiła się całkowicie płaska. Nieznośny uskok nie pomagał w spaniu nawet pomimo dobrego, miękkiego materaca. Jestem jednak na wybrzeżu Pacyfiku i to oddziałuje na mnie samo z siebie: wszelkie niewygody są jak ból u dentysty, który trzeba znieść, by po nich było człowiekowi tylko lepiej.

Zasnąłem gdzieś dopiero koło drugiej. Krótka noc porządnie mnie wymęczyła i rano po przebudzeniu w lusterku odkryłem, że wyglądam jak siedem nieszczęść. A to oznaczało, że bez żadnej charakteryzacji trudno będzie o lepszy moment do nagrania roleczki i oznajmienia światu, jaki zły los mnie spotkał na tym Dzikim Zachodzie. Popatrzcie i oceńcie, jak wyszło.

Dziś niedziela. Ech, czyli to już ponad tydzień, odkąd przyleciałem do Stanów? W planie dnia mam niewiele ponad 250 kilometrów wzdłuż pacyficznego, mglistego i pochmurnego wybrzeża południowego Oregonu i północnej Kalifornii. Zjadam więc spokojnie śniadanie, które udało mi się wczoraj kupić po drodze. Punkt ósma wyjeżdżam z parkingu pod Port Orford.
Co ciekawe, na kolejnych mijanych parkingach w Oregonie widzę tabliczki z zakazem parkowania nocą (czyli tak po prawdzie, zakazem nocowania na dziko). Na moim parkingu takiej tabliczki nie było. Nawet gdybym nie zauważył jej nocą, podczas przyjazdu, to rzuciłaby mi się w oczy rano.
Oczywiście samemu sobie nie wierzę i przy pierwszej okazji przeglądam jeszcze raz ten parking na Street View. I, słuchajcie, nie ma. Co za szczęściarz ze mnie!

Mijam kolejne miejsca szybko, zdecydowanie zbyt szybko. Ujechałem raptem dwadzieścia kilometrów, ale grzechem byłoby się nie zatrzymać i nie zrobić kilku zdjęć, bo natura jest tutaj szczególnie zachwycająca. To park stanowy Sisters Rock. Nazwa odnosi się do kilku stojących obok siebie skał, które przypominają grupę postaci. Swój wygląd zawdzięczają erozji – to bazaltowe i piaskowcowe ostańce o stromych zboczach i ciasnych plażach, formowane przez bardzo silne fale przy sztormowej pogodzie. Ładne, prawda?
Wsiadam do auta i jadę dalej. Zatrzymuję się najpierw na kawę w miasteczku o zachęcającej nazwie Gold Beach, a następnie na szerokiej i wybitnie widokowej plaży Meyers Creek. To jedno z tych miejsc na wybrzeżu, gdzie można na chwilę zejść z drogi, usiąść nad wodą i poczuć prawdziwą surowość Pacyfiku.
Nie wiem, czy to przypadek, czy tak tu po prostu jest, ale im bliżej granicy stanów, tym pogoda jakby się klarowała, coraz częściej słońce wygląda zza mgieł i robi się coraz cieplej.
Przejeżdżam bez zatrzymywania ostatnie miasto w Oregonie: Brookings i w samo południe jestem już na granicy stanu przy wjeździe do Kalifornii. No i tu też trzeba się zatrzymać, acz tym razem dla słodkiej foci z witaczem stanowym. Odtąd będę przez dłuższy czas w największym stanie USA pod względem liczby ludności, gospodarki jak i uprzemysłowienia. Największym i najbardziej… jak by to określić? Zdystansowanym. I to się czuje w relacjach z ludźmi. Z jednej strony ta ich wszechobecna czerwono-biało-czerwona flaga „California Republic”, a z drugiej, ilekroć rozmawiam z niekalifornijczykami i pytają mnie, dokąd się wybieram, to po słowach „Los Angeles International Airport” widzę… kwaśną minę. Tak, pozostałe stany patrzą na nich, raz że z zazdrością, a dwa, jak na odmieńców, z których bije mania wyższości. Tak przynajmniej mi ich opisali ludkowie na pierwszym wieczorze w knajpie w Seattle. „Gdzie jedziesz? Do Kalifornii? Eeee… nie jedź tam. Po co tam pojedziesz, przecież tam nie ma nic ciekawego”.

A granica stanów to oczywiście witacze. Pomysł, który pojawił się po raz pierwszy w latach trzydziestych ubiegłego wieku właśnie na granicach stanów i stanowił trochę pokłosie rozwoju automobilizmu. Dopiero po drugiej wojnie zaczął być stosowany w Europie i innych miejscach świata, ale pochodzi właśnie z USA. Tutaj witacz oregoński mamy duży, betonowy i okazały, a w drugą stronę? Welcome to Kalifornia – zwykła blaszana tablica, tandetna, bez stylu i szału. Hmmm… nie powiem, liczyłem na coś ładniejszego.
No i mam ja swoją granicę stanów. Nie uwierzycie, ale przy wjeździe trasą US-101 z Oregonu do Kalifornii, w Smith River, dojeżdża się do… rogatek granicznych! Czyli co, California Republic jest faktem, bez drugiej wojny secesyjnej, po cichu i w białych rękawiczkach? Nieee, to tylko kontrola fitosanitarna.
W USA każdy stan ma sporą autonomię legislacyjną. W ramach tzw. police powers stan może wprowadzać przepisy zapobiegające wwożeniu organizmów szkodliwych. I Kalifornia to uskutecznia. Dlaczego? Bo jej rolnictwo jest gigantyczne. To największa gospodarka rolna w USA. Gdyby wprowadzono np. nowego szkodnika cytrusów albo winorośli, skutki ekonomiczne mogłyby być nie do udźwignięcia. Dlatego, choć konstytucja chroni tzw. handel międzystanowy, to sądy dopuściły wyjątki, gdy chodzi o ochronę biologiczną i rolniczą. Na takich rogatkach mogą Cię zatrzymać w celu sprawdzenia materiałów biologicznych, ale nie mogą sprawdzać dokumentów ani powodu podróży. No i mogą konfiskować, co tylko im prawo pozwoli. Więc jabłek, cytrusów czy nawet kanapek nie próbuj wwozić. Zjedz je w Oregonie. A jeśli jedziesz rowerem, to będziesz mieć trudniej. Nie zdziw się, kiedy będą sprawdzać, czy podłogi od namiotu nie są czasem ubrudzone oregońską ziemią. Tak, aż tak wrazidlaci potrafią być, trzęsąc tyłkiem przed mikrobami.

A okolica? Smith River leży w jednym z najbardziej wyjątkowych ekosystemów. To północny skraj kalifornijskiego wybrzeża, gdzie zaczynają się ogromne lasy sekwojowe chronione w ramach kompleksu parków narodowych i stanowych Redwoods. Warto się tu zatrzymać albo przynajmniej wolniej jechać i chłonąć te widoki całym sobą.

Najbliższe dwie doby mają mi upłynąć pod znakiem technicznego szkolenia z pracy, którego pomimo urlopu nie byłem w stanie nijak przesunąć i koniec końców musiałem przystać na przerwę w urlopie. Inaczej by przepadło, a to mi na nim zależało, a nie odwrotnie. Odbywało się ono o bardzo przystępnej porze, to znaczy między dziewiątą a szesnastą. Polskiego czasu. W moim przypadku to przecież bułka z masłem, bo licząc różnicę czasu, od północy do siódmej rano – a to przekłada się na uziemienie na dwie doby w jednym miejscu. Wybrałem do tego miejscowość nieprzypadkową, bo również związaną z moim życiem zawodowym: miasto Eureka w północnej Kalifornii. Dlaczego związaną? Bo administruję systemem o tej samej nazwie.
Obiecałem moim współpracownikom z projektu, że nagram i wyślę im filmik z pobytu w tym szczególnym mieście. Tak też zrobiłem. Wam natomiast udostępniam jego bardziej neutralną wersję, choć też całkiem nieźle oddającą ducha tego miejsca.


CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz