piątek, 10 lipca 2020

Nieubłagany finisz…

Z Łeby wyruszyłem znów późno, bo dopiero o jedenastej. Tym razem jednak wiedziałem, że nie mam szczególnie napiętego planu dnia. Najtrudniejsze było już za mną, teraz to tylko kwestia ostatnich kilometrów na finiszu, całkiem ładnych widoków, a geograficznie – najdalej na północ wysuniętych przyczółków kraju. Wyprawa nieuchronnie zmierzała do końca, to było wyraźnie czuć. W powietrzu, nad moim rowerem unosił się jej dekadentyzm, niczym u Nietzschego… ;)

środa, 8 lipca 2020

Park Słowiński znam i nawet wiem, jak go ominąć ;)

Kolejny dzień rozpoczął się niemrawo, wietrznie i pochmurno. Na szczęście nie padało. Nie spieszyło mi się, więc bez zwijania namiotu spokojnie spakowałem sakwy i o dziesiątej ruszyłem w dalszą podróż. Droga do Darłowa nadal wiodła wydzieloną asfaltową ścieżką rowerową. Miasto przejechałem właściwie obwodnicą, nie wbijając się do centrum, tylko wzdłuż Wieprzy, parkiem do Darłówka, a następnie nad samym morzem dalej, betonowymi płytami, jedną z najpiękniejszych tras widokowych wzdłuż mierzei na północ.

wtorek, 7 lipca 2020

dzień przygód uważa się za odbębniony

Ciężko tak jakoś i z oporami szło mi pakowanie we wtorkowy poranek. Pogoda wyglądała na stabilną, wokół wszędzie wakacyjna atmosfera, więc nieszczególnie chciało mi się wybierać w dalszą drogę. Nie wiedziałem jeszcze, ile przygód czeka mnie tego dnia! Wieczorem mocno wiało i nawet zacząłem szczękać zębami, dlatego postanowiłem na dłużej zanurzyć się w kempingowej świetlicy. Ludziska z Ekipy na pewno dobrze ją pamiętają – fantastycznie przeszklone ściany, wygodne kanapy i telewizor, na którym w 2018 niektórzy śledzili jeden z meczy Mundialu. Pomieszczenie, mimo fantastycznego widoku dookoła, daje przytulne schronienie przed wiatrem i zimnem. Tym razem usiadłem tam sobie sam, by ogrzać się i powspominać, jak to było tu dwa lata temu.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Bałtyk osiągnięty!

Poranek dziewiątego dnia rozpoczął się bardzo obiecująco. Słońce prażyło od wczesnych godzin i choć wiatr nie miał ochoty osłabnąć, to tłumaczyłem sobie, że przecież wieje od zachodu, więc może być co najwyżej boczny.

niedziela, 5 lipca 2020

lecim na Szczecin…

Rano z Uferloos nie chciało mi się wyjeżdżać. Niepowtarzalna atmosfera i magia tego miejsca działały jak magnes. Zrobiłem bez pośpiechu wstępne pakowanie i zauważyłem, że goście zaczynają gromadzić się wokół wiaty z ławostołami. Tam i z powrotem biegały panie z obsługi i znosiły coraz to nowe półmiski z jedzeniem. Czyli co, śniadanko? Wczoraj wieczorem nikt mi o nim nie wspomniał, więc czułem się trochę niepewnie. Zrobiłem sobie kawę i czekałem na rozwój wydarzeń. Nic, najwyraźniej jednak śniadanko było w cenie, dlatego nie marnując dłużej czasu zabrałem się za jedzenie. Chmur na niebie tego dnia było sporo i cały czas przybywały, więc po śniadaniu spakowałem resztę dobytku i ruszyłem w drogę.

sobota, 4 lipca 2020

do ujścia Nysy i dalej, w najdziksze ostępy Niemiec Wschodnich

Lampa i upał od wczesnych godzin porannych – to misie lubią najbardziej. Już o dziewiątej, mimo cienia sosnowego boru, wszystkie pozostałe ciuchy, które rozwiesiłem wieczorem, były suche. Podobnie namiot, który, jak mało kiedy, nie wymagał suszenia nawet od wewnątrz. Stwierdziłem, że warto wykorzystać ten czas i zrobiłem sobie śniadanie nad jeziorem. Potem sprawne pakowanie i już pędzę lasem, bardzo spokojnymi sosnowymi ścieżkami i docieram do Guben.

piątek, 3 lipca 2020

w dół Nysy, przez stukilometrowy powiat

Poprzednio tego nie napisałem, ale dojechałem na kemping na tyle szybko, że postanowiłem zrobić sobie przepierkę. Patrzę – stoi suszarka na pranie, jest szeroki zlewozmywak – to czemu nie? Był nawet taki, nie wiem jak to nazwać, garaż? Otwarty całą noc, a chroniący przed deszczem. Wstawiłem sobie tam pranie i miało schnąć do rana. Miało. Nocą padało i rano większość ciuchów miałem nadal wilgotną. No nic. Spakowałem je do reklamówki i schowałem, bo pogoda nadal daleka była od stabilnej.