14 czerwca 2025

lecę bo chcę, a Trudzia piętnaście godzin w powietrzu

W sezonie 2025 wyruszam w podróż życia! W wyprawę marzeń, gdzie wszystko ma być naj: najdalszy zakątek globu, najdłuższy urlop, najbardziej znane miejsca, najdłuższa trasa rowerem, najdłuższy urlop… ach, długo jeszcze tak można wyliczać. Cel jest jasny i ambitny jak nigdy dotąd: przejechać rowerem zachodnie wybrzeże USA. Jesteście ciekawi tych przygód? To zapraszam do śledzenia kolejnych odcinków z serii Pacyfikacja 2025.
Ktoś zapyta: dlaczego akurat USA? Już dalej i drożej się nie dało? No więc mam kilka naprawdę grubych powodów. Po pierwsze, od czasów studenckich, kiedy to usiłowałem wbić się na prace sezonowe w ramach Camp America, marzyłem o wyjeździe do Stanów. To były raczej wczesne niż późne lata dziewięćdziesiąte. W Polsce dziki kapitalizm, a młodemu dwudziestoparolatkowi wydawało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nie, nie chciałem wyjechać na stałe. Raczej popracować (na legalu), a potem pozwiedzać, powłóczyć się i dotknąć palcami tego, co dotąd osiągalne tylko na szklanym ekranie. Kolega ze studiów był, wrócił i roztaczał przede mną świetlane wizje. Tyle że… formalista był z niego żaden i zwyczajnie wpuścił mnie w maliny. Kubeł zimnej wody wylał mi wtedy urzędnik konsulatu USA w Krakowie. Będąc żółtodziobem w temacie, zacząłem załatwiać formalności od przyrodzenia strony i, rzecz jasna, poległem. Dałem sobie więc spokój i już więcej nie próbowałem.
Po drugie, nie tak dawno Jacek, mój brat, zaczął dość regularnie wybierać się za Wielką Wodę turystycznie i zawsze przywoził stamtąd magnesy na lodówkę i fajne wspomnienia. To mnie motywowało. Wreszcie, zimą 2023 roku stwierdziłem, że najwyższy czas odwiedzić zaprzyjaźnioną konferencję webową w Montrealu, na którą od lat wybierałem się jak sójka za morze. Dzięki Sabinie, ówczesnej mojej partnerce, tak jak ja zafiksowanej na zwiedzaniu różnych przedziwnych miejsc, udało mi się wreszcie ten plan wcielić w życie. Polecieliśmy za ocean wtedy po raz pierwszy, na tydzień z okładem. No a przecież będąc w Krainie Wielkich Jezior, zwiedzając takie perełki Kanady jak Montreal, Toronto i Niagara Falls, głupotą byłoby nie wykorzystać okazji do przejścia na drugą stronę Rainbow Bridge i nie obejrzeć wodospadu od strony stanu Nowy Jork. (Pssst! Nie, nie idźcie. Nie warto, bo ze strony USA naprawdę niewiele widać).
Tak więc, siedząc wygodnie w samolocie do Kanady, byłem już zaopatrzony zarówno w kanadyjską pięcioletnią eTA, jak i w dwuletnią amerykańską ESTA.
A po trzecie wreszcie, carpe diem. Bo skąd ja wiem, ile czasu jeszcze będę jeździć? Ile będę na chodzie? Od kilku dobrych lat podchodzę do życia zgodnie z zasadą: żyj tak, jakby każdy kolejny dzień miał być tym ostatnim. Tak więc łapię to, co jestem w stanie złapać i nie odkładam marzeń, jeśli tylko mogę.

No ale do brzegu. W Niagarze byliśmy, most pieszo przekroczyliśmy, a „miły pan” z amerykańskich CBP wypytał nas wówczas dosłownie o wszystko, byleby tylko upewnić się, że mówimy prawdę. Tak, oni naprawdę tak działają. Ich głównym obowiązkiem jest dociec, czy mówisz prawdę i do tego są szkoleni. Prawdziwy cel wizyty jest oczywiście ważny, ale najważniejsza jest twoja prawdomówność. I jak już wszedłeś raz do USA na danym dokumencie ESTA, to każde kolejne wejście na tym samym dokumencie jest trochę łatwiejsze.
Ktoś oczywiście powie, że przecież za każdym razem mogą cię zawrócić. Owszem, zawsze mogą. Ale, kurcze, jednak jest trochę łatwiej – za drugim razem i kolejnymi już bardziej traktują cię jak swojaka. Warto więc wykorzystać czas, kiedy masz aktywną ESTĘ i to nie dlatego, że kosztuje jakieś tam dolary, tylko dlatego, że po prostu jest trochę łatwiej.

No to poszedłem za ciosem: mając ESTĘ ważną do lutego 2026, stwierdziłem, że to będzie dla mnie główny motywator, żeby w 2025 przygotować wyprawę rowerową na West Coast. A jak taka zacna wyprawa, to musi być oparta o solidne filary na trasie, to znaczy:
  • Twin Peaks – jako że od lat jestem wielbicielem twórczości Davida Lyncha, a zwłaszcza tego nowatorskiego serialu; trasa musi więc uwzględniać jak najwięcej miejsc związanych z planem filmowym,
  • Dolina Krzemowa – w końcu przecież od prawie 30 lat pracuję w IT! Jak można by odpuścić tak zacne terytoria?
  • Hollywood i inne perełki w aglomeracji Miasta Aniołów, z dość oczywistych powodów.
Po tym przydługawym wstępie czas się zwijać. Bilet lotniczy dla mnie i dla Trudzi już mam. W tamtą stronę lecę do Seattle, wracam z międzynarodowego Los Angeles. Najtaniej wyszedł bilet z podkrakowskich Balic liniami Turkish Airlines z przesiadką w Stambule. W obie strony. Z tym że kupiony z odpowiednim wyprzedzeniem, około trzymiesięcznym.

Jakoś nie przepadam za tą logistyką kartonową związaną z przewożeniem roweru w przestworzach, ale co zrobić, skoro nie da się inaczej? W tamtą stronę karton rowerowy udostępnia mi jak zwykle niezawodny Bike System z rybnickiego Zamysłowa. Dzięki, chłopaki!
W powrotną będę musiał improwizować na miejscu, ale nie wygląda, żeby miał być z tym problem. O tym, jak się pakować, żeby nie było zdziwienia na lotnisku, napiszę pewnie kiedyś jeszcze. Przerabiałem ten temat podczas mojego pierwszego wylotu do Aten w 2024 roku i mogę co nieco podszepnąć. Jeśli to pilne, łapcie mnie dostępnymi kanałami, chętnie podpowiem.

No to wyleciałem. Piękna pogoda, to i przepiękne swojskie widoki. Najpierw na Jezioro Czorsztyńskie, a potem na Tatry. Popatrzcie.
Moje kochane dzieciaczki dowiozły mnie idealnie na Balice. Odprawa przebiegła gładko. Jak na piękną czerwcową pogodę przystało, bez zbędnych poślizgów czasowych, znalazłem się w samolocie.
Przed zakończeniem pierwszego etapu zdałem sobie sprawę, co to znaczy kolejka statków w cieśninie Bosfor przed wpływem na Morze Czarne:
A w Stambule – uo matko – co to za lotnisko! Nigdy nie byłem w równie ogromnym obiekcie. Przejście do celu z terminala, na który przyleciałem, zajęło mi prawie pół godziny i to korzystając wybiórczo z pasów transmisyjnych. Nieprzypadkowo mówi się, że port ten jest jednym z największych na świecie pod względem liczby stanowisk postojowych i obsługi. To widać i czuć.
Wsadzili nas wreszcie do docelowego Dreamlinera i polecieliśmy z Trudzią w dalszą podróż – o wiele dłuższą, bo aż 12,5-godzinną do Seattle. Nad Krakowem – a jakże. Nad Skandynawią, potem nad białą od śniegu Grenlandią i wreszcie dzikimi rubieżami północnej Kanady.

Na Seattle-Tacoma wylądowaliśmy mniej więcej o czasie, czyli krótko po wpół do szóstej po południu. Pierwsze moje przemyślenia, jeszcze zza szyby samolotowej na płycie lotniska, to ogromna liczba samolotów Alaska Airlines. Zupełnie, jakby ten port lotniczy miał być głównym hubem transportowym do Alaski.
No i niedoszacowałem. Tacoma, jak się okazuje, to nie tyle hub transportowy, co wręcz siedziba tych linii. Stąd mamy najszerszą ofertę połączeń do Anchorage. No jak by nie patrzeć, najbliżej… gdyby ktoś się wybierał.

W hali przylotów niestety przyszło mi dość długo poczekać na Trudzię. Lokalizator NotiOne przypięty do ramy roweru, powiedzmy sobie szczerze, życia nie ułatwiał. Zapamiętale twierdził, że Trudzia nadal czeka na mnie w Stambule (aua!) Próbowałem to sobie jakoś wytłumaczyć, że być może ma kłopoty z zestrojeniem się z amerykańską siecią GSM. No i koniec końców chyba faktycznie tak było, bo rower jednak doleciał i nic mu nie było.
Po jakichś dobrych 40 minutach i dociskaniu obsługi w hali przylotów, karton wreszcie się odnalazł. Oczywiście służby lotniskowe i celne też nieszczególnie miały ochotę współpracować, bo na szerokość (190cm) wózkiem oczywiście nie mieściłem się w bramkach. Jeden taki adam słodowy z obsługi wymyślił, że ten karton to powinienem w ogóle se postawić i wieźć na pionowo. Tak tak, 30kg karton, samemu obrócić, i to jeszcze najlepiej tak, żeby płyn hamulcowy z tłoczków od razu odpłynął, no bo przecież po co on. Geniusz. Powinien się domagać pokojowego Nobla.
Kiedy już jakoś przeszedłem przez te bramki (w końcu doprosiłem się, żeby na moment rozszerzyli słupki z taśmami), to musiałem się chyba jednak komuś nie spodobać, bo mnie posłali na rentgen. I też oczywiście: wrzuć sam, zdejmij sam. 30kg, bułka z masłem. Tylko po to, żeby kolejny miły pan stwierdził, że to jakaś totalna lipa, bo w pudle jest sam rower i na nic mu w sumie cała ta kontrola.

No i słuchajcie, dostałem ja wreszcie zielone światło! Welcome to USA! Doczłapałem się do wyjścia z obiektu od strony przystanków autobusowych i kolejną godzinę poświęciłem na montaż Trudzi, bo trzeba było nią jakoś dojechać do hostelu w centrum. Na szczęście sprawnie poszło i przed dziewiętnastą byłem już gotów do drogi. Do celu zaledwie 28 km, więc no stress my friend, no stress!

Teren za lotniskiem pagórkowaty i zupełnie niewart uwagi, więc niespiesznie odnalazłem hostel Green Tortoise u zbiegu Pierwszej i Pike Street. Bez jakichś wygód, ale tanie miejsce do przenocowania w sercu miasta, więc jak najbardziej okej. Jedynie może trasa wygląda na mapie jak z Minecrafta, ale cóż poradzić – prawie wszystkie miasta za oceanem mają kratownice zamiast dróg.
Koniec końców jeszcze, wyobraźcie sobie, zdążyłem wieczorem do pubu na browarka, bo trzeba było uczcić jakoś ten najdłuższy dzień mojego życia – ta doba trwała w końcu aż 33 godziny! Grubo. Wróciłem i padłem.

CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz