Dziś wielki dzień: na dłużej żegnam się z wybrzeżem i uderzam wgłąb lądu. Dzionek zaczynam od krótkiej wizyty w kurorcie Carmel-by-the-Sea, by następnie przez niewysokie góry Diablo Range przeskoczyć do Niziny Kalifornijskiej, a stamtąd w wysokie Sierra Nevada. Za Visalią zaczyna się dolina Kaweah, czyli brama do Parku Narodowego Sekwoi.
Przyjemna kempingowa atmosfera to coś, czego od dawna łaknąłem. Nareszcie, choć za niemałe pieniądze, udało mi się jej zakosztować w Big Sur. Tak samo zresztą jak śniadania przy ławostole pod błękitnym niebem i całą masę tych hi, hello, howdy i how are you od zaspanych namiotowiczów snujących się z ręczkiem na karku do łazienki i z powrotem.
Pozorne zainteresowanie losem zupełnie przecież obcego człowieka wśród anglosasów i jankesów ma bardzo długą tradycję. Oni tacy po prostu są. I tak naprawdę zupełnie zwisa im, co odpowiesz, ale zasadniczo, jeśli nie chcesz się wdawać w niepotrzebne dyskusje, odpowiedz krótko i pozytywnie. Taki zwyczaj – u nas praktycznie w ogóle nie spotykany. W innych kulturach, czy to słowiańskich, czy germańskich, czy nawet romańskich, również. Oczywiście, to moje subiektywne odczucie. Każdy ma prawo to widzieć inaczej.
Ja tymczasem wciągam sobie śniadanko i po dziesiątej jestem już w drodze powrotnej do Monterey, a potem dalej na wschód. Dlaczego nie na południe? Dlatego, że odcinek między Monterey a Morro Bay bywa bardzo często zamknięty z powodu osuwisk, bo w tych rejonach grunt nad Pacyfikiem jest wybitnie niestabilny. Tak jest i teraz, o czym co chwilę przypominają znaki. Specyficzne położenie tej drogi przesądza o tym, że nie ma technicznej możliwości objazdu zamkniętego odcinka, więc gdyby nie ukradziono mi Gertrudy, miałbym tutaj nielada zagwozdkę.
A tak, pierwszym przystankiem jest dziś Carmel-by-the-Sea, taki trochę kalifornijski Kazimierz Dolny, tyle że nad Pacyfikiem 🙃
Geograficznie to niewielkie miasteczko na wybrzeżu, tuż obok Monterey, z szeroką, jasną plażą Carmel Beach i krajobrazem łagodniejszym niż w Big Sur. Współczesny charakter miasta ukształtował się na początku dwudziestego wieku, gdy zaczęli tu osiadać artyści, pisarze i ludzie szukający spokojniejszego, bardziej „europejskiego” klimatu.
Ten artystyczny rodowód widać do dziś: galerie, małe teatry, trochę snobizmu, ale raczej w miękkim wydaniu. Nawet epizod polityczny pasuje tu do całości — burmistrzem Carmel był przez chwilę Clint Eastwood, co na pewno jest ciekawostką, ale też dobrze oddaje lokalny klimat: teoretycznie powaga urzędu, a tak naprawdę kupa kalifornijskiego luzu.
Ograniczam się do kilku ujęć na szeroką plażę, potem jeszcze kawka przy Dolores Street i już wyjazd w dalszą trasę.
Najpierw muszę przedostać się przez Góry Nadbrzeżne do Niziny Kalifornijskiej. W moim wydaniu to Diablo Range – niskie, stepowe i spalone słońcem wzgórza wzdłuż stanowej 152-ki. Następnie, po osiągnięciu Pan Americany I-5 jakieś sto kolejnych kilometrów na południe, by odbić na 198-kę aż do Visalii i doliny Kaweah.
Przed wieczorem melduję się na kolejnym kempingu – tym razem to Three Rivers Hideaway. Przytulny, niezbyt wielki kemping nad rzeką, niezdzierczy i oddalony raptem trzy mile od bramy parku Sekwoja. Jeśli wybieracie się na zwiedzanie parku, polecam bez chwili namysłu.
CDN…



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz