18 czerwca 2025

Waszyngton, the Evergreen State

Stany Zjednoczone to ogromny kraj. Są takie dni podczas wyprawy, kiedy nie dzieje się nic, tylko jedziesz i jedziesz. Myślisz wtedy o pokonaniu jak najdłuższego dystansu i to wszystko, czego oczekujesz. Dziś miał być taki właśnie dzień, a jednak okazało się, że kilka ciekawostek po drodze i tak się trafiło. W końcu sam stan Waszyngton z północy na południe mierzy niemal tyle co Polska.

Fairwood Inn w DuPont wspominam przyjemnie, choć na wyjeździe przyszło mi poczekać, aż minie deszcz. Nie zawsze ma się to szczęście do pogody, ale kiedy precyzyjne prognozy mówią „poczekaj”, to nie ładujesz się pod wodę, tylko czekasz. O deszczyku wiedziałem już wczoraj wieczorem, więc tym bardziej uciąłem sobie rano dłuższy odpoczynek. Pokój miałem na parterze, Trudzia nocowała w pokoju razem ze mną.
Przed dziesiątą wciągnąłem przeubogie amerykańskie śniadanie, jak zwykle wliczone w cenę hotelu, wypiłem nielimitowany napój kawowy i spakowany usiadłem w foyer, gotów do wyjazdu. Patrzyłem pani z recepcji głęboko w oczy i kiwałem jej od czasu do czasu głową z uśmiechem. Ona też co jakiś czas patrzyła na mnie i też kiwała głową z uśmiechem. I tak sobie kiwaliśmy. Zaiste, zajmujące.
Padać przestało koło jedenastej. Założyłem na siebie wszystkie długie ciuchy, bo zzzimno, kurcze. Lekko osiem stopni mniej niż wczoraj. Poczekałem jeszcze trochę, aż woda odpłynie i wyparuje z asfaltu, i ruszyłem.

Z godziny na godzinę pogoda się poprawia, zza chmur coraz śmielej przebija słońce. Na wyjeździe z miasteczka przecinam międzystanową I-5, z zaciekawieniem analizując zakaz jazdy dla rowerów na tej autostradzie. Nic dziwnego, w końcu to główna, mierząca dwa tysiące dwieście kilometrów arteria Zachodniego Wybrzeża, spinająca granicę z Kanadą w pobliżu Vancouver z granicą Meksyku w San Diego. Autostrada biegnie przez Waszyngton, Oregon i Kalifornię i jest jedynym szlakiem samochodowym w USA łączącym bezpośrednio oba kraje. Nie ma na niej wyznaczonych pasów rowerowych, natomiast są wyraźne zakazy. I tego się trzymam.

Dalej, tak sobie jadąc, od czasu do czasu docierają do mnie bardzo dalekie echa kolejowych tyfonów. Trochę już żyję na tym ziemskim padole, ale dotychczasowe europejskie sygnały dźwiękowe na kolei to pikuś w porównaniu z tymi niemal legendarnymi, śpiewnymi, wielotonowymi fanfarami lokomotyw w Ameryce. No i niewątpliwie jeden z tych elementów, które – obok np. tablic rejestracyjnych – tworzą amerykańską legendę. Pamiętam je z filmów, a tutaj po raz pierwszy doświadczam ich na własne uszy. Cóż za cudowna melodia!
A jeśli już trafisz na przejazd kolejowy i prawdziwe amerykańskie cargo, to możesz się spokojnie rozpakować i zaparzyć sobie kawę. Kwadrans lekko nie twój. Taki np. BNSF przeciętnie miewa około dwóch kilometrów długości, choć rekordowe składy dochodzą do, uwaga: czterech(!) A pamiętajmy, że przeciętny „europejczyk” ma na ogół zaledwie 600-750m – więc proszę: skala jak na dłoni.
Na Zachodzie USA bywają miejsca, gdzie pociąg jest dłuższy niż całe miasteczko i potrafi zablokować kilka przejazdów jednocześnie. No i taki pociąg, oprócz tego, że jest nawet na oko ogromny, to potrafi wieźć dodatkową lokomotywę w środku składu. Wszystko po to, by cały ten ciężar jakoś dało się toczyć.
Wracajmy jednak do trasy. Dziś nie mam w planie żadnych drogowych ekscesów, tylko boczne, niezatłoczone drogi. Dzień upływa na ominięciu bokiem aglomeracji Olympia, a następnie kierowaniu się na południe jak najdalej się da. Kolejne kilometry pokonuję w wiecznej zieleni lasów. W końcu Waszyngton to Evergreen State (stan wiecznie zielony) – i ma to hasło nawet na tablicach rejestracyjnych. Na przemian cedry i daglezje, czasami jakiś buk czy świerk. Od zieleni można momentami dostać kręćka.

Po drodze często mijam znaki „Adopt a Highway” – to popularna w Stanach inicjatywa. Organizacje, firmy albo grupy mieszkańców „adoptują” fragment drogi i zobowiązują się do jego okresowego sprzątania. W zamian ich nazwa pojawia się na charakterystycznej tablicy przy drodze. Często są to kluby, skauci, kościoły albo szkoły. Otrzymują konkretny odcinek, zwykle dwie mile drogi, sprzątają go kilka razy w roku i w zamian dostają logo na znaku. Istnieje też wersja komercyjna. Firma płaci organizacji, która profesjonalnie sprząta odcinek drogi, a logo sponsora trafia na znak. Często można zobaczyć tablice z nazwami restauracji, kancelarii czy dealerów samochodów. Jest tak najczęściej przy autostradach, których nie mogą sprzątać osoby bez przygotowania. Dla wielu firm to sposób na tanią reklamę przy ruchliwej drodze.
W takiej np. Kalifornii czy Teksasie, odcinki dróg adoptowały kluby anonimowych alkoholików, a w Missouri – niczym Bytom Pogrzeby – Coffin Cheaters Motorcycle Club, czyli w wolnym tłumaczeniu: „ci, którzy wymykają się trumnie”. Zamiast nazwy sponsora pojawia się wówczas: „In loving memory of…” – i tu nazwisko.

Do miasteczka Centralia docieram krótko przed dziewiętnastą. To bardzo typowy przykład zabudowy stanu Waszyngton.

Jest już późne popołudnie i trochę czuję głód, mimo że wcześniej zjadłem jakieś tam ciasteczka. W nieskończoność jednak tak się nie da; trzeba wreszcie zjeść coś treściwego. Zawijam zatem do Burger Kinga, który mi się był akurat pojawił.

Tak siedząc i jedząc, analizuję mapę, bo założyłem, że dzisiaj to już na bank muszę wbić pod namiot. Zrobiło się sucho, pogoda dopisuje, więc ma to sens. Ale, kurcze, znów: znajduję spanie w pobliskim motelu w Chehalis za jedyne $50. O ile mniej zapłacę za pole namiotowe? Fakt, kilometrów tylko 75, ale dalej, wzdłuż Cowlitz River, panuje kompletna posucha noclegowa. Do setki daleko, ale jutrzejszy dzień zapowiada się na tyle stabilnie, że najwyżej jutro to spróbuję nadgonić. Solidniej przygotuję się do drogi, pójdę spać o rozsądnej porze i ruszę skoro świt.

No dobra, wbijam tam. Z tymi motelami, chyba zaczynam rozumieć Amerykanów. To mnie niepokoi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz