Kolejny poranek, a ja w tym samym łóżku. Tym razem jednak mogę śmiało powiedzieć, że solidnie przespałem się z moim problemem i nabrałem do niego dystansu. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Dziś wstaje nowy dzień. Samochód w wypożyczalni pewnie już czeka. Trzeba go tylko sprowadzić, spakować i można ruszać w drogę.
Znów tramwaj, ale tym razem już bez szukania biura na mieście, tylko prosto w punkt. Szczerze? Myślałem, że za $1k3 na 23 dni dostanę jakiegoś sedana czy kompakta, a tutaj – no proszę! Mały, ale jednak SUV: Chevrolet Equinox 2. Ładne, prawie nowe autko z przebiegiem około dziewięciu tysięcy mil. Żółte blachy z Nowego Meksyku, co tutaj, na zimnej północy, wygląda jakkolwiek egzotycznie.
Krótko po dwunastej wracam, już za kierownicą, do motelu, pakuję się i przed wpół do drugą jestem na południowym wyjeździe z miasta. Jakoś tak trochę podświadomie, ale chyba chcę stąd uciec. O Oregonie dotąd marzyłem, tak jak marzyli osadnicy z serialu „Jak zdobywano Dziki Zachód”. Oglądałem go w polskiej telewizji jako dzieciak i gdyby ktoś dziś zapytał o szczegóły, to bym poległ. No dobra, jedyne co zostało, to postać Zeba Macahana i jego krzywe nogi 😉
I wiecie, jakoś tak podświadomie wbił mi się w pamięć sam fakt Oregonu jako celu migrantów. A wczoraj czar prysł. Smutne, ale takie czasem jest życie. Nie, nie będzie mnie ciągnąć do tego stanu. Nie planuję osadnictwa, a nawet gdybym planował, to trauma i tak wzięłaby górę.
Bez zatrzymywania dojeżdżam stanową 18-tką, wśród bujnej zieleni, nad Pacyfik. Oczywiście, nie tak sobie wyobrażałem moje pierwsze spotkanie z Największą Wodą Świata: nie za kierownicą samochodu. Ale tak musi być i cieszę się jak dziecko tymi widokami, bo mam świadomość, że nigdy jeszcze nie byłem tak daleko od domu i w tak innym miejscu, niż wszystkie mi znane dotychczas. Ciągnie mnie do tego, czego większość się obawia. Tak już mam. A tutaj jak na zamówienie: mgły, chmury, czasem deszczyk, na plecach dreszczyk i nade wszystko tajemnicze widoki, spowite niesamowitą aurą, prawie jak z horroru.
Pierwszy dłuższy postój robię sobie przed szesnastą w Lincoln City. Trzeba przecież coś zjeść. Potem jakieś pół godziny w Waldport i później jeszcze w Tenmile Creek. Zaczyna się zmierzchać, kiedy szukam jakiegoś miejsca do spania w Port Orford. Objeżdżam niewielką zatokę, odwiedzam kilka miejsc, ale żadne nie przypada mi do gustu. Ostatecznie wyjeżdżam dalej za miasteczko i zatrzymuję się na przydrożnym parkingu z widokiem na Orford. Przynajmniej będzie za free. Jest wcześnie, bo jeszcze przed dziesiątą wieczorem, ale mam powody, by nie robić już więcej kilometrów – o tym szerzej w następnym odcinku.
Dziś czeka mnie pierwsza noc w otoczeniu natury. Nareszcie! Co prawda w samochodzie, ale dobre i to. Robi się wreszcie ciemno, wręcz egipskie ciemności, przerywane z rzadka reflektorami przejeżdżających aut, a w uszach tylko ten cudowny szum fal…
Na dziś kończę, bo zaczynam się sam siebie bać 🙃
CDN…



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz