20 czerwca 2025

Oregon – stan, o którym marzy wielu, a ja już nie

Gertrudy koło mnie nie ma i to jest fakt niezaprzeczalny. Budzę się późnym rankiem i próbuję sobie jakoś poukładać wszystko to, co mnie nocą spotkało. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem i znałem to tylko z filmów: kiedy budzisz się rano i zastanawiasz się, czy to, co się wydarzyło wczoraj, działo się naprawdę, czy to był tylko sen? Ale nie, to nie był sen. I co dalej? Pierwsza myśl: aaa, mam wszystko w dupie (wiem, mało literackie). Wracam, impreza spalona. No i pierwsze pół dnia mija mi właśnie w takiej dekadenckiej atmosferze w tym oto motelu…

Najpierw telefon do domu – w końcu u nich już popołudnie. Jeden, potem drugi, przemyślenia. Po jakimś czasie dochodzisz do prostego wniosku: ile wysiłku i pieniędzy zajęło ci znalezienie się tutaj? Jesteś trochę jak Alicja po drugiej stronie lustra. Na kiedy masz bilet powrotny? Bezkosztowo – za ponad trzy tygodnie. Czy naprawdę dobrowolnie chcesz teraz skrócić ten czas? Czy na pewno nie szkoda ci urlopu? A może lepiej wykorzystać go, na ile tylko się da? Weź ooochłoń, facet.

Odważne pomysły wiążą się z wydatkami. Nie mając roweru, dałoby się ich uniknąć (częściowo) wracając już teraz. Tylko: czy to ma sens? Przecież za zmianę terminu powrotu też ileś zapłacę. Urlop mam, bilet powrotny mam, więc to nie problem. Z piękną wyprawą rowerową do Los Angeles mogę się w tym momencie pożegnać. No cóż, stało się. Trzeba zacząć z powrotem myśleć konstruktywnie i jakoś sensownie, ale zupełnie inaczej, zagospodarować pozostały czas.

Ostatecznie decyduję się na wykupienie jeszcze jednego noclegu w tym samym obiekcie. Muszę pozbierać myśli. Będę mieć więcej czasu na podrążenie tematu kradzieży i być może uda mi się jeszcze coś ugrać. A jeśli nie, przynajmniej będę mieć poczucie, że zrobiłem wszystko, co mogłem.

Wykorzystuję ten czas. Najpierw odwiedzam bezpośrednie sąsiedztwo tej nory, spod której dochodzi sygnał GPS. Opowiadam pani całą historię, bo wcześniej zauważyłem, że z jej posesji jest furtka w płocie do tego parku za murem. Niemal dokładnie w miejscu, z którego dochodzi sygnał. Pani oczywiście jest życzliwa i bardzo chce pomóc, ale uprzedza, że tam są tylko maliny i nic nie zobaczę. Otwiera. Czegoś takiego chyba jeszcze nie widziałem! Plątanina malin wysoka na ponad dwa metry i gęsta, że nie da się zrobić nawet kroku. No coś podobnego! Mam ze sobą Hovera i nawet chciałem go początkowo puścić i zobaczyć z góry, jak to wygląda, ale teraz widzę, że to nie ma sensu. To mnie utwierdza w przekonaniu, że złodziej znalazł lokalizator, odciął go i po prostu wyrzucił za mur, w te krzaczory.

No dobra. Wracam do motelu, ale przychodzi mi do głowy jeszcze jeden pomysł, jeszcze bardziej ryzykowny. Adrenalina mi wesoło tańczy w żyłach, ale zbieram się w sobie i wracam jeszcze raz w to samo miejsce. Wbijam ostrożnie do meliny, dzwonię. Sąsiadka w oknie. Ciekawe, skąd wie, ale mocno mi kibicuje. Otwiera sapiący, śmierdzący Chińczyk w zataśmowanych adidasach, ten sam co w nocy, dwa-metry-dziesięć. Jego jedna łapa jest jak dwie moje. Oczywiście delikwent wygląda na konkretnie zaćpanego – ledwie stoi i każde słowo cedzi w zwolnionym tempie. Dodatkowym dowodem w sprawie jest teraz ten bmx oparty o murek przy wejściu. To dokładnie ten sam rower, który złodziej porzucił na parkingu motelu, kiedy mi ukradł Trudzię.
Próbuję Chinola przekonać, że zamiast szukać kupca na ten skradziony rower, ja mu po prostu zapłacę okup i każdy będzie zadowolony. Niestety, koleś idzie w zaparte, że nie miał i nie ma mojego roweru. W takich okolicznościach ciężko się cokolwiek negocjuje, a tym bardziej, jeśli policja już do niego wbiła i pocałowała w rączkę, no i nawet argument finansowy nie trafia, to jak ja tu jeszcze mogę negocjować?
Kusi mnie, żeby jednak zajrzeć przez dziurę w murze do tego parku, bo od ich strony dało się tam wejść. Strach mógłbym przezwyciężyć, ale wygrywa myślenie. Bo, będąc sam, jaką mam gwarancję, że nie oberwę jakimś łomem w kark i już nikt mnie tam nawet nie znajdzie? Chińczyk może nie być zaćpany, tylko udawać, a w razie „W” nie mam z nim fizycznie najmniejszych szans. Nie no, to nie jest warte aż takich poświęceń. Ostatecznie godzę się z przegraną. Próbowałem. Zrobiłem, co mogłem. Nie wiem, czy to była właściwa decyzja, ale na pewno przemyślana.

Tylko… co dalej? Ludzie pytają mnie dziś, dlaczego nie poszedłem i nie kupiłem w sklepie ani nie wypożyczyłem roweru. Już tłumaczę. Na miejscu w Polsce dopasowanie roweru długodystansowego zajmuje mi około miesiąca. Inna kierownica, inne siodło, amortyzatory, pedały SPD, bagażniki przód i tył, komputer rowerowy… a potem jeszcze to zestroić i wyregulować. A tutaj? Czas na kontynuowanie imprezy rowerem minął; ten pociąg po prostu już odjechał. Nie wyrobiłbym się. Poza tym niedopasowanie sprzętu do ciała kończy się na długim dystansie problemami raczej nie z rowerem, ale ze zdrowiem fizycznym. Dlatego tego wariantu ani przez chwilę nie biorę pod uwagę. Jedynym sensownym wyjściem wydaje się wynajem samochodu.

Przeglądam internety, sortuję po cenie, znajduję Avis w centrum Portland. Wsiadam do tramwaju, jadę i załatwiam rezerwację na 23 dni z odbiorem jutro rano. Do końca dnia mam wolne i wracam na odpoczynek po nieprzespanej nocy.

CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz