Wczorajsze mgły i paskudna widoczność przy Golden Gate zostają wynagrodzone! Przed opuszczeniem na dobre cudownego San Francisco, z uporem maniaka wracam na wzgórze Presidio, bo dziś pogoda w cieśninie to… żyleta! Ani jednej chmurki na niebie, więc warto było poczekać.
Po południu opuszczam miasto i kieruję się do Doliny Krzemowej. Nocleg na oficjalnym parkingu uniwersytetu Stanforda? Na taki pomysł mógłby wpaść tylko… (nie)Cyklista.
Po południu opuszczam miasto i kieruję się do Doliny Krzemowej. Nocleg na oficjalnym parkingu uniwersytetu Stanforda? Na taki pomysł mógłby wpaść tylko… (nie)Cyklista.
Na Presidio, mimo lampy z nieba, temperatura, do jakiej jestem przyzwyczajony pod koniec czerwca, tutaj pozostaje jedynie marzeniem. Od oceanu niezmiennie wieje lodowaty wiatr i jeśli jest dwadzieścia stopni Celsjusza, to i tak dobrze. To wszystko, czego można tu oczekiwać. Ale najważniejsza rzecz to krystalicznie czyste powietrze i bezchmurne niebo.
W parku wokół Presidio można znaleźć całkiem sporo informacji o tym, jak Golden Gate Bridge radzi sobie z trzęsieniami ziemi.
Po latach badań i doświadczeń (zwłaszcza od czasów budowy mostu w latach trzydziestych) wprowadzono dwa główne kierunki modernizacji: wzmacnianie konstrukcji oraz zwiększenie elastyczności.
Kluczową rolę odgrywają tu tzw. izolatory sejsmiczne — elementy, które pozwalają mostowi pracować podczas wstrząsów, zamiast sztywno je przyjmować. W praktyce wygląda to tak, że zamiast przenosić całą energię drgań na konstrukcję, most może się delikatnie przemieszczać. Okazuje się, że ten „lekki” most nad wodą to w rzeczywistości kawał inżynierii przygotowanej na to, że ziemia pod nim bywa jakkolwiek mało stabilna.
A uwierzcie, jest się przed czym zabezpieczać. Około 11 kilometrów na zachód, pod oceanem, znajduje się uskok San Andreas. To dokładnie ten, nad którym leży zatoka Tomales Bay. Pisałem o niej w odcinkach o Redwoods i o San Francisco downtown. Po drugiej stronie uskoku leży płyta pacyficzna. W pogodny dzień, patrząc na zachód nad ocean, można dostrzec Wyspy Farallon, oddalone o niespełna 50 kilometrów. Gdy naprężenia w płytach narastają i zostają uwolnione, dochodzi do trzęsień ziemi — wtedy skorupa po drugiej stronie uskoku przesuwa się w prawo. Wyspy Farallon przemieszczają się na północ, w kierunku Alaski, w tempie około jednej mili na 40 000 lat.
W okolicach Presidio można dziś swobodnie spacerować po dawnych stanowiskach artyleryjskich, m.in. Battery Marcus Miller — kiedyś ściśle tajnych elementach systemu obrony wejścia do zatoki.
Zbudowane na przełomie XIX i XX wieku, były częścią większego układu fortów chroniących Golden Gate, uzbrojonych w ciężkie działa zdolne razić cele na oceanie. Dziś zostały z nich betonowe platformy, podziemne korytarze i fragmenty stanowisk — trochę surowe, trochę porośnięte zielenią — ale dostępne bez ograniczeń. Historia oddała je ludziom do zwykłego chodzenia i oglądania.
Presidio to ostatni punkt programu w mojej tułaczce po San Francisco. Przed pierwszą po południu zanurzam się, jak na rasowego leminga IT przystało, w czeluści Doliny Krzemowej. Na pierwszy ogień spacer po lagunie Oracle.
Potem wielkie rozczarowanie siedzibą Mety w Palo Alto (Facebook+Instagram+Whatsapp+…?), w której próżno szukać czegokolwiek poza korpo. Nic. Kompletnie. Nawet zdjęcia nie zrobiłem, bo nie było co fotografować. W jakieś pół godziny obchodzę cały kampus budynków i zrezygnowany kieruję się do samochodu. Popołudniowy żar z nieba przypomina, jak szybko zmienia się tutaj strefa klimatyczna: z zimnej, oceanicznej na upalną, typową dla Niziny Kalifornijskiej.
Nadal, będąc w Palo Alto, docieram tak naprawdę do kolebki Doliny Krzemowej, czyli Uniwersytetu Stanforda. W latach czterdziestych ubiegłego wieku działał tu niejaki profesor Frederick Terman, który aktywnie zachęcał studentów do zakładania firm technologicznych zamiast wyjazdu na Wschodnie Wybrzeże.
Jednym z efektów tych działań była firma Hewlett-Packard, założona w 1939 roku w garażu w Palo Alto — często symbolicznie nazywanym „kolebką Doliny Krzemowej”.
Ale to nie jedyny początek. Równolegle rozwijał się przemysł radiowy i wojskowy, badania nad półprzewodnikami (kontynuowane w ramach Fairchild a później Intela), a także sektor obronny. Pamiętajmy, że równolegle, po drugiej stronie Zatoki, działał już wcześniej konkurencyjny uniwersytet Berkeley. Stanford jednak od początku mocno pchał swoich ludzi w stronę korpo, podczas gdy Berkeley pozostawało akademickie, choć też miało ogromny wkład w elektronikę i badania nad półprzewodnikami. W praktyce Dolina Krzemowa to efekt obu tych ośrodków: Stanford jako inkubator przedsiębiorczości, a Berkeley jako zaplecze naukowe.
Na dziedzińcu Stanforda mamy replikę rzeźb Mieszczan z Calais, autorstwa Auguste Rodina.
Powiedzmy sobie, że to dość nietypowa dekoracja kampusu. Wygląda, jakby ktoś losowo powrzucał kawałki europejskiego muzeum do kalifornijskiego ogródka. Kawałki, z którymi można nawet polemizować…
Zresztą co tu dużo gadać. Dziedziniec zaprojektowano w stylu inspirowanym architekturą hiszpańską: arkady, krużganki, ciepłe kolory i łuki. Wszystko to trochę wygląda jak południe Europy, nawet z domieszką Mauretanii.
Efekt jest taki, że spacerujesz po kampusie w Kalifornii, a masz wrażenie, jakbyś na chwilę trafił gdzieś między Hiszpanię a coś bardziej egzotycznego. Na różnych imprezach wyciągam telefon, wyświetlam zdjęcie ze Stanforda i pytam: a gdzie to? Sprawia mi to tym większą frajdę, że jeszcze prawie nikt nie zgadł.
No i coś, co misie lubią najbardziej: wieża widokowa. Widać stąd nie tylko kampus uniwersytecki, ale też okolicę Palo Alto i okazały Dumbarton Bridge, czyli najkrótszy, ale mega efektowny południowy most przez Zatokę.
Jest już późne popołudnie. Okolica tak biznesowa, jak tylko można sobie wyobrazić, więc o możliwości noclegu w sensownej cenie mogę tylko pomarzyć. No ale przecież raz w życiu się jest w Silicon Valley. Mam jeszcze czas, więc robię sobie spacerek do siedziby HP. Okazuje się, że po sąsiedzku mają dziś tutaj Teslę, z którą chyba nie za bardzo umieją się dogadać. Wesołe zjawisko, hehe.
Ja zaś auto mam zaparkowane na parkingu Stanforda, płatnym tylko do 16:00. Później mogę sobie tu stać za free ile dusza zapragnie, więc chętnie korzystam z tej opcji, tym bardziej, że po południu parking się wyludnia i można przeparkować w bardziej ustronne miejsce.
To, co wygląda na pozór dobrze, w okolicach pierwszej w nocy okazuje się złudne. Przychodzi cieć, puka w szybkę i oświadcza, że tutaj nie wolno spać w samochodzie. Próbuję początkowo dociekać, na jakiej podstawie, ale po argumencie „call police” dla świętego spokoju daję sobie siana. Jadę poszukać jakiegoś bardziej ustronnego miejsca i nie jest to jakoś szczególnie trudne – po pół godzinie znajduję szutrową zatoczkę w górach Palo Alto i zaszywam się. Tutaj to już mnie naprawdę mogą cmoknąć.
CDN…
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz