22 lipca 2022

powrót i podsumowanie #msm22

Dwudziesty pierwszy odcinek jeszcze mi się nie trafił w żadnej serii. „Kończ waść…” – powiecie, i będziecie mieli całkowitą rację! Najwyższy zatem czas, by wspomnieć trochę o powrocie i podsumować tegoroczną wyprawę.

Wczoraj nie tylko zwiedziłem w ekspresowym tempie Paryż, ale też zaliczyłem pierwszą solidną dawkę powrotu do domu. Najpierw wsiadłem do TGV do Strasbourga (w dwie godziny zrobił skubaniec pół Ildefonsa i cały Grand Est – co ja się musiałem wcześniej nakręcić, żeby to przejechać 😧). Tego samego dnia załapałem się jeszcze na przeskok do Offenburga już po niemieckiej stronie. Był późny wieczór i wychodziło, że na tym małym dworcu przyjdzie mi nocować. Miałem jednak sporo szczęścia, bo pociąg z Bazylei do Karlsruhe miał prawie godzinę opóźnienia (tak, w Niemczech też bywają opóźnienia), dzięki czemu załapałem się jeszcze i przed pierwszą w nocy byłem już na dużym, wygodnym dworcu z poczekalnią. Na odcinek niemiecki udało mi się skorzystać z promocji 9-Euro-Ticket, dzięki której kupiłem bilet za 9 euro na wszystkie przejazdy kolejami regionalnymi w Niemczech, na cały lipiec albo cały sierpień – do wyboru. Promocja super, tylko jednej rzeczy nie doczytałem: na rower trzeba mieć osobny bilet w cenie 6 euro na dzień. Uwagę zwróciła mi konduktorka w pociągu do Stuttgartu, ale nie robiła scen, tylko po prostu dokupiłem i było po sprawie.
Nie ma jednak róży bez kolców: 9-Euro-Ticket nie działa na liniach dalekobieżnych, dlatego robi się więcej przesiadek. Na szczęście gęsta sieć połączeń i niskopodłogowe składy powodują, że to żaden problem, nawet dla objuczonej szampanami Gertrudy.

W Stuttgarcie nie czekam długo na pociąg do Monachium. Wsiadam na początku biegu, ale jest już dość gęsto, więc nie ma jak rozpakować roweru i powiesić go na haku. Stoję w przejściu między drzwiami. Im bliżej Ulm, tym gęściej, prawie jak sardynki w puszce. Na kolejnych przystankach niektórzy nie mogą już wejść do pociągu, taki jest ścisk. Ludzie marudzą pod nosem na koleje – wymyślili ten najn-ojro-ticket, szajze. Nie było promocji to przynajmniej był Ordnung!
Ale muszę przyznać, że kultura jest. U nas byłaby już awantura i w sumie nie ma się co dziwić: na zegarze ledwie ósma, trafiłem na szczyt dojazdów do pracy.

Za Ulm na szczęście robi się luźniej. Spokojnie i już bez ścisku docieram do Monachium, a tu za kilka chwil mam następny pociąg, do Salzburga. Ten ostatni, mimo że już w Austrii, też jeszcze objęty jest promocją. Dalej, z Salzburga do Wiednia wiezie mnie w komfortowych warunkach kompania Westbahn, z tym że już za zupełnie inne pieniądze. Do Wiednia docieram wczesnym wieczorem i zadowolony z udanego dnia ładuję się do niedrogiego hotelu Novum Hotel Congress, dosłownie naprzeciwko dworca. Nocowałem w nim już, wracając z Ljubljany w ubiegłym roku.

Nazajutrz, ostatniego dnia podróży, na dworcu w Wiedniu, spotykam Maćka Gordona z synem – wracali ze swojej wyprawy na Alpe Adria, o której pisaliśmy wspólnie mailem przed wyjazdem. Ale żeby tak się zgrać w czasie i miejscu! Świat jest mały!

* * * * *

Ten sezon był dla mnie i Gertrudy prawdziwym maratonem. Wcześniej nie robiłem takich odległości w tak krótkim czasie. Efekt: zdarzało mi się zatrzymać w jakimś spokojniejszym miejscu i… przyciąć komara! 😴 Czasem kwadrans, czasem pół godziny. Regeneracja sił w tej sytuacji zawsze odnosiła niesamowicie pozytywny skutek, ale jeszcze większym szokiem dla mnie było to, że takie zgony w środku dnia to całkowita nowość. Czy to z przemęczenia? A może po prostu organizm w pewnym wieku zaczyna się tego domagać? Może, nie wiem. Nikt mnie w czasie takiej drzemki nie okradł, efekt był lepszy od oczekiwanego, więc… może dobrze?

A Francja? Ogólnie to zrobiła na mnie wrażenie kraju nieczynnego. Ilekroć przejeżdżałem przez różne wioski, to albo nie było w nich w ogóle sklepów, barów, ani żadnych punktów handlowych, albo te miejsca mieli zamknięte nawet w godzinach pracy. Ci ludzie sprawiali wrażenie, jakby cały czas mieli wolne!

Szlak Świętego Michała z Paryża do San Michel to podobno wizytówka turystyczna Francji, ale, prawdę mówiąc, całkowita porażka. Obstawiony tablicami informującymi o dofinansowaniu z Unii Europejskiej, a tu nie ma się czym chwalić. Szlak wykonano w całości z szutru ścieralnego, niszczącego rower do tego stopnia, że po przejechaniu dwustu kilometrów nadaje się on tylko do serwisu i gruntownego czyszczenia.
Równie denerwujące są szykany drewniane przed skrzyżowaniami z drogami samochodowymi. Pół biedy, jeśli nie zagradzają w całości drogi i można w zwolnionym tempie koło nich przejechać. Niestety większość zagradza w całości drogę, a przepust dla rowerzysty jest tak wąski, że nie mieszczę się na szerokość z sakwami. Założę się, że nie tylko ja jechałem tą trasą na ciężko nie tylko ja miałem te przemyślenia. Wstyd dla Francji i minus sto punktów za tak jaskrawe marnowanie środków unijnych.
Mam jeszcze coś dla malkontentów kontrapasów, które coraz częściej pojawiają się również w Rybniku. Szanowni, w większości miast Niemiec, Austrii i Francji to norma! Nie ma się co zżymać na tego typu rozwiązania. To się po prostu sprawdza i to nie tylko w Rybniku. Z jednej strony zmusza rowerzystów do zachowania szczególnej ostrożności na drodze, bo przecież jadą pod prąd, ale kierowców też, bo dzięki oznakowaniu pionowemu i poziomemu wiedzą, że na ich drodze jest miejsce nie tylko dla nich i nie tylko w ich kierunku. To przeciwdziała myśleniu typu „moja miedza” – kierowcy samochodów są zmuszeni podzielić się miejscem, które wcześnie należało tylko do nich – i tu bunt wydaje się zrozumiały. Ale w końcu to przecież miasto. Po czasie podnosi się wzajemny szacunek uczestników ruchu i oto w tym chodzi.

* * * * *

A tak, podsumowując, wygląda cała przebyta przeze mnie trasa, z podziałem na dni:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz