08 lipca 2022

wiatraki-straszydła na krawędzi Bawarii

Sprawnie pozbierałem się z noclegu, jeszcze dobrze przed ósmą rano. Namiot był wilgotny od porannej rosy, ale nijak nie mogłem go osuszyć – musiałbym czekać, aż słońce wyjrzy zza okolicznych drzew i przygrzeje w dekiel. Marzenia. Ono w ogóle nie chciało wyjrzeć, bo gęsta kołderka chmur nadal wisiała nad miastem. Wiedziałem też, że najpierw czeka mnie zwiedzanie miasta i to zajmie trochę czasu. No nic, komu w drogę, temu wilgotny namiot. Jadymy.

Oczywiście na pierwszy ogień poszła Arena albo inaczej Kongreshalle, bo ona znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie kempingu. Budowa Hali Kongresowej tak naprawdę nigdy nie została ukończona, choć obiekt jako taki od początku swojego istnienia wszedł w skład terenu zjazdów NSDAP w latach 1933-1938. Jest to największy zachowany do dziś budynek z okresu narodowego socjalizmu. Arena została ulokowana nad brzegiem jeziora Dutzendteich, przy wejściu na teren zjazdów. Budynek ma 39 metrów wysokości (choć były plany na 70 metrów) aż i 205 metrów średnicy. Fasada z granitu inspirowana jest, jak na nazistów przystało, rzymskim Koloseum.
Dziś, po dziewięćdziesięciu latach, jej kamienie w wielu miejscach porośnięte są trawą. Robi to naprawdę posępne wrażenie. Człowiek przygląda się tym murom a w wyobraźni leci sobie Walkiria Wagnera
Ewidentnie jest presja na podtrzymywanie przy życiu tego obiektu, choćby z pobudek dokumentalistycznych i dowodowych. Niemcy nie mają takich „cudownych” pomysłów co partia rządząca w Polsce, która jeszcze niedawno chciała burzyć Pałac Kultury i Nauki. Tutaj ludzie wiedzą, że to świadectwo przeszłości, i choć obiekt nie wygląda zbyt szczęśliwie, to nieważne. Dowód to dowód.
W północnym skrzydle hali, w takiej jakby dobudówce, znajduje się Centrum Dokumentacyjne III Rzeszy, a z drugiej strony Filharmonia Norymberska.
Pomimo to główna bryła budynku sprawia wrażenie opuszczonej. Nieopodal znajdują się współczesne tereny targowo-wystawiennicze, więc dzielnica oczywiście tętni życiem.

Przy okazji, wcześniej, dojeżdżając od zabytku, na parkingu przy obiekcie targowym patrzę, a tu podjeżdżają sobie dwa tiry Eko-Okien. Trochę tam do nich tam zagadałem, powiedziałem że jadę z Rybnika i chłopaki się cieszyli jak dzieci.

W centrum Norymbergi znajduje się naprawdę sporo zabytków. Przypominają mi może nie ten sam styl, ale na pewno taki sam kamienny budulec, który widziałem w Dreźnie. Najnowsza historia obydwu miast, zwłaszcza końcówka drugiej wojny, nie oszczędziła ich: naloty alianckie zniszczyły w obu przypadkach niemal dziewięćdziesiąt procent tkanki śródmiejskiej. Podobieństwo, o którym myślę, dotyczy zwłaszcza takich obiektów jak zamek, Frauenkirche, kościół św. Sebalda, czy szpital i apteka Ducha Świętego. Choć pewnie nie tylko. To taki trochę siermiężny, ciężki pozaciekany niemiecki kamień. A styl? Ja wiem, pewnie mocniej czy luźniej związany z gotykiem. Nie jestem specem od historii sztuki, więc nie będę tutaj wypisywał farmazonów. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.
Zgodnie z wyznaczonym szlakiem, następny obiekt to Muzeum Procesu Norymberskiego. Znajduje się ono w kompleksie Justizpalast/Pałac Sprawiedliwości przy ulicy Fürckiej (prawda, że ładnie przełożyłem nazwę tej ulicy? 😉) Trzeba odjechać z półtora kilometra od centrum w kierunku zachodnim, właśnie w kierunku Fürth. Kompleks to też taki kamienny kolos, który robi przytłaczające wrażenie.
Tutaj taka sytuacja: podchodzi do mnie starszy jegomość i, co rzadko się zdarza w Niemczech, pyta skąd i dokąd jadę (tak, w Niemczech naprawdę rzadko ktoś o to pyta). Najpierw oczywiście po niemiecku, a potem widząc, że tak średnio mi to odpowiadanie idzie, przechodzimy na angielski. I że skoro taka daleka trasa, to pewnie musi być ciężko i tak dalej. Mówi, żebym się nie przejmował niemieckim, skoro dobrze mówię po angielsku. Jego żona była Polką, dlatego on gada tak po polsku, jak ja po niemiecku. Czy zwiedzałem muzeum? Nie, nie zwiedzałem. Bo co bym zrobił z rowerem i ile dodatkowych godzin musiałoby to potrwać? Nie taki jest cel mojej wyprawy. Pożegnaliśmy się w przyjacielskiej atmosferze i życzyliśmy sobie najlepszego.

Wyjeżdżam z Norymbergi, która w płynny sposób przechodzi w sąsiednią tkankę miejską, czyli Fürth. Kiedy człowiek tak jedzie i macha tymi nogami, to różne głupoty przychodzą mu do głowy. Zastanawiam się na przykład, skąd się wzięło śląskie określenie: „jadymy furt” i czy ma ono jakieś konotacje z nazwą tego miasta? Jeśli ktoś z was wie, niech podpowie w komentarzu.

Dobry szlak to i dobre parametry etapu. Po wyjechaniu z aglomeracji trasa jest czasem szutrowa, czasem jakiś krzywy asfalt, ale prawdziwie dobra droga zaczyna się dopiero gdzieś na wysokości Ammerndorfu, czyli wzgórza fotowoltaiki, które wrzuciłem od razu na socjale, bo wygląda co najmniej osobliwie.
Do tego jest idealna pogoda, temperatura i przede wszystkim jak na razie płaski teren. Jedyne utrudnienie to wiatr w twarz, który wieje w sposób ciągły od wczoraj na poziomie 5-6 m/s, więc nie ma szału, jeśli chodzi o rozpędzanie się. No ale mam szansę tym razem po raz pierwszy o 13:00 mieć za sobą więcej, niż 30 km.
Haha! Nie ma lekko. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy, asfalt też. Nawet w Niemczech się zdarzają takie numery, jak ten za Grosshabersdorfem.
Co ciekawe, jadąc po Niemczech człowiek może w ogóle nie dowiedzieć się, jaką trasą rowerową podąża. Na ten przykład okazuje się, że to Paneuropa radweg (czyli na nasze: Paneuropejska Droga Rowerowa), która prowadzi z Paryża do Pragi czeskiej. Miło, a zarazem lipa, jeśli chodzi o oznakowanie: mijasz tylko takie purytańskie, nic nie mówiące znaki trasy rowerowej i tyle. Myślałem, że te w Austrii, które mijałem w ubiegłym roku są lakoniczne, a tymczasem Niemcy zdecydowanie ich przebijają.
Dalej za miejscowością Dietenhoffen droga zaczyna się coraz bardziej piąć pod górę i nie jest już tak przyjemnie jak przedtem. Muszę przebić się przez wzgórza Frankenhöhe. Dziś wokół sielskie widoki: łąki, pola, pastwiska, lasy i duże odległości między wsiami. Kiedy jest upał, to pewnie krowskie muchy tną tu jak dzikie. Dziś mam szczęście z temperaturą i nawet nie muszę używać repelentu. Jadę sobie w kurtce i długich spodniach, bo dodatkowo cały czas wieje, co potęguje uczucie chłodu.
Kulminację podjazdu osiągam we wsi Neustetten na poziomie około 540 m. Tu ostatecznie decyduję się na rezygnację z kierunku Schwäbisch Hall – Stuttgart, co miałem pierwotnie w planach, bo po pierwsze w tym drugim nie zastanę na miejscu kolegi Sławka, do którego miałem nadzieję zawitać w trasie, a po drugie oszczędzi mi to i kilometrów, i podjazdów – czyli finalnie całkiem sporo czasu. Wiem, Schwäbisch Hall z jego spadzistymi dachami i przełomem rzeki Kocher to perełka. Jednak ryzyko nieukończenia trasy w zakładanym czasie jest nadal bardzo wysokie, dlatego odbijam ze szlaku Pan Europa bardziej na północ, to znaczy zmieniam azymut ze Stuttgartu na Heilbronn.

Dziś nie ma co liczyć na wylany pot, taki jak kilka dni temu w Czechach, bo temperatura nadal nie jest wysoka – może 20-21 stopni, nie więcej. Nadal wieje północno-zachodni silny wiatr, który w moim przypadku dosyć konkretnie przeszkadza. Do Oberdachstetten prowadzi stara betonowa droga, cały czas lekko pod górę. Jest już dobrze po szesnastej, kiedy znajduje sobie ławeczkę w szczerym polu przy ścieżce i postanawiam ugotować zupkę, bo żołądek woła jeść. Lepiej, żeby okoliczni wieśniacy tego wołania nie słyszeli 😉
Potem, gdy dojeżdżam do małej wioski Windelsbach, okazuje się, że dalszy odcinek drogi jest w remoncie i objazd prowadzi jakimiś dziwnymi spadami, które nie są mi do niczego potrzebne i tylko wydłużą trasę. Zamiast tego skręcam w lewo, a nie w prawo. Finalnie wychodzę na tym znacznie lepiej, bo mimo, że omijam ostatnie sensowne miasteczko Rothenburg ob der Tauber, to rozwijam znacznie lepszą prędkość niż dotychczas. Czeka mnie jeszcze dosyć długi ale łagodny podjazd, następnie szybki zjazd w dół opłotkami miasta.
Jadę sobie teraz polną drogą tuż obok olbrzymich wiatraków. One zawsze wywołują we mnie ciarki na plecach, kiedy przecinam płaszczyznę ruchu ich łopat. Przynajmniej na rowerze. Jedziesz sobie pustym asfaltem, nikogo wokół i tylko świst przelatujących śmigieł, niemal nad głową. Co by było, gdyby jedno z nich akurat pękło i poleciało na ciebie? A potem jeszcze miejsce, w którym inny wiatrak na asfalcie zostawia całkiem spory cień, bo zachodzące słońce akurat jest po przeciwnej stronie. Najmniej przyjemny jest moment, kiedy cień łopaty dopada cię na asfalcie. Widzisz, jak się zbliża z ogromną prędkością. Co kilka sekund czujesz, jakby jakiś duch miał w ciebie uderzyć. Brrr…

Tak się tym duchem technologii przejąłem, że ani spostrzegłem, kiedy skończyła się Bawaria i znalazłem się w Szwabii. Znów żadnych oznaczeń, tylko te wiatraki. Wreszcie, przed samą dziewiątą wieczorem docieram na kemping w Rot am See. Mały, z super przyjemną, rodzinną atmosferą. Ognisko, gitara, te sprawy. Polecam, na razie najlepszy kemping na trasie!

1 komentarz:

  1. Furt to nie wiem co to jest, ale ja z Małopolski, fajnie za to powiem że to opisujesz i z ciekawością się czyta. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń