niedziela, 31 maja 2015

niedzielny Firlej

Niedziela okazała się dniem równie pogodnym, jak poprzednie. Towarzystwo szybko się zwinęło, to znaczy część pojechała na zwiedzanie żab i motyli w Poleskim Parku Narodowym, a reszta, ta niezainteresowana, rozjechała się do domów, podobnie jak moi współlokatorzy.
Przed dziesiątą byłem więc gotów do dalszej drogi, mimo że moje wcześniejsze plany zakładały w tym dniu tylko dojazd nad jezioro Firlej.

Długo biłem się z myślami, jak wykorzystać tą nadwyżkę. Z jednej strony żal mi było pięknego dnia. Z drugiej wiedziałem, że między Firlejem a Warszawą nie będzie żadnych kempingów, a przecież dotychczas nie dane mi było rozbić namiotu, który tyle kilometrów ze sobą targam. Po raz kolejny przeanalizowałem mapę campingów. Owszem, były dwa alternatywne, jeden w lesie między Pilawą a Celestynowem, drugi pod Mińskiem Mazowieckim. Po głębszym guglaniu ten pierwszy okazał się jednorazowym polem jakiegoś towarzystwa statystycznego, drugi miał po prostu opis „kemping”, a internet milczał o jakiejkolwiek cywilizowanej formie pola namiotowego. Za duże ryzyko spania na dziko albo proszenia się o dach nad głową. Obydwu opcji po prostu nie lubię.

Decyzja okazała się banalna: zostaję w Firleju, tym bardziej, że camping GOSiR sprawiał całkiem niezłe wrażenie. Ryzykowałem znaczną odległość od Warszawy, gdzie musiałem być najpóźniej we wtorek rano. Na szczęście prognozy pocieszały.

Mimo rozległego terenu, gwaru, typowej niedzielnej „imprezowni” oraz niemal wymarzonej pogody, camping nie miał zbyt wielu wczasowiczów. Znakomitą większość stanowili klienci fast-foodów rybnych. Po pewnym czasie zrozumiałem, dlaczego: po prostu nie było szału. Domki leciwe, podupadłe. Zero namiotowiczów takich jak ja, choć miejsca pod dostatkiem. Pan w recepcji uprzejmy, ale bez serdeczności, skupiający się na wynajmie rowerów wodnych i niewodnych. Zaletą natomiast była cena: 8 złotych plus 5 za skorzystanie z prysznica. I ostatecznie rzecz, która zaszokowała mnie najbardziej i pogrzebała resztki dobrego zdania o tym ośrodku: piękne, cudowne toalety, wyraźnie kontrastujące z resztą otoczenia, ale zamykane na cztery spusty o dwudziestej! No przecież później się śpi, a nie zaspokaja potrzeby fizjologiczne. „Life is life”, cytując wieszcza. Koniec kropka. Co najwyżej dwója z minusem, w pięciostopniowej skali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz