czwartek, 4 czerwca 2015

Sielpia dudniąca weekendem

Kolejny poranek przywitał mnie bezwietrznym upałem i spokojem na drogach. Był czwartek, Boże Ciało. Wyjechałem. Na rogatkach Żyrardowa spotkałem sporą grupę rowerzystów w różnym wieku, którzy postanowili wykorzystać weekend na pętelkę po Mazowszu. Jechałem nawet parę kilometrów z nimi, wzbudzając przy tym zaciekawienie i potok pytań. Skąd? Dokąd? Jak długo w drodze, jak często takie wyjazdy i inne takie tam. Chwilę później nasze drogi już się rozeszły i gnałem z wiatrem samotnie, lasem.

Pierwsza blokada drogowa przydarzyła mi się we wsi Puszcza Mariańska. Grupa kilkuset parafian właśnie klęczała pod jednym z krzyży, z tym że centralnie w poprzek drogi wojewódzkiej. Policja wstrzymała ruch w obu kierunkach na dobry kwadrans, więc korki zrobiły się nawet pomimo znikomego ruchu na drodze. Do tego śpiewy z taniego megafonu – prawie jak pod meczetem, prawie jak podczas południowego nawoływania do modlitwy. Nastroje z resztą również bojowe, zwłaszcza, gdy spróbowałem delikatnie i z namaszczeniem prześliznąć się przez ów tłum w poprzek. No dobrze, zszedłem z roweru. Delikatnie, żeby czasem kogoś nie uszkodzić, prześlizgnąłem się przez tłum. Przedostatni, ostatni i… jest! Przedostałem się. Droga wolna, na koń i można pomykać dalej.

Następne kilometry na południe mijają raczej monotonnie. Kolejne utrudnienia dopiero w centrum Rawy Mazowieckiej, gdzie dla procesji zamknięto rynek ze wszystkimi dojazdami. Tu jednak nie jest aż tak źle: strażnicy spokojnie przepuszczają rowerzystów. Raz, dwa i poszło jak po maśle.

Kolejne kilkanaście kilometrów i docieram do Rzeczycy. Wraz z nią wracają wspomnienia z kolonii TPD w Grotowicach. Dwa kilometry stąd, ale – bagatela – jakieś 25 lat wstecz. Echhh… to były czasy! Misiek, pamiętasz „Spaśną” i T.O.P.S.?
Stąd już niedaleko do małego, ale ciekawego miasteczka Inowłódz nad Pilicą. Ciekawego, bo na jego terenie znajduje się odrestaurowany i udostępniony do zwiedzania zamek z czasów Kazimierza Wielkiego. Dawniej o nim nikt nie pamiętał, bo gdyby było inaczej, organizatorzy kolonii na pewno by nas tam zabrali. A nie zabrali.
Dziś mam trochę czasu, więc zjeżdżam z trasy i spędzam pół godziny w otoczeniu żywej historii, dając trochę wytchnienia łydkom i rowerowi. Następnych kilkanaście kilometrów mija szybko i ani się spostrzegam, kiedy osiągam Opoczno. Słoneczne popołudnie, żołądek się domaga, więc zatrzymuję się na posiłek przy ulicy 17 stycznia. Obiadek, zapasy i dalej w drogę.

Na kolejny postój wybieram parking we wsi Sitowa. Graniczy z lasem, w którym na drzewach pełno jest plakatów Dudy. Biedactwa! Tutaj nawet jelenie, sarny i dziki muszą głosować na PiS. Ogólnie, na całej trasie (jak sięgam pamięcią) wszędzie tylko Duda i Duda. I jak tu się potem dziwić, że ten człowiek wygrał wybory?
Ale jadymy. Im bardziej na południe, tym gorsza nawierzchnia i mniejszy ruch. Czy to na pewno jest ta droga? Mapa, punkt, kierunek, wszystko się zgadza. Aaa… no i wszystko jasne: granica województw. Wiele jest w Polsce takich miejsc, z dala od dróg krajowych, gdzie na styku województw nawet pies z kulawą nogą nie zajrzy. Prawie wyludnione wioski bez asfaltu, albo jeszcze gorzej, gdy trafisz na kocie łby albo miękki piach. Wtedy tylko zejść z roweru i płakać. Ale przecież chłopaki nie płaczą ;)
Dojeżdżam do Końskich. Późne popołudnie, coraz bliżej celu. Daruję sobie centrum miasta, bo bardzo fajna i nowa obwodnica daje mi odetchnąć od trudów poprzedniej drogi. I proszę, nawet specjalna droga dla rowerów, wydzielona z chodnika. Ekrany dźwiękochłonne, a że dom koło domu po lewej, to każdy wyjazd ma specjalną przerwę w tych ekranach i bramę. Normalnie, hameryka!

Jadę tak sobie rad z tego co mnie spotkało i nawet nie bardzo mnie denerwują górki i dolinki na wjazdach do posesji, albo jak kto woli: obniżenia wjazdów, czyli kolejny dramat w karierach polskich projektantów dróg. Wtem, pobudka! Z lewej strony, z jednej posesji gościu wyskakuje sobie centralnie audicą tuż przede mną, mając w ciemnym tyłku moje pierwszeństwo na drodze rowerowej. Było lekko z górki, mogłem mieć ze dwadzieścia kilka na liczniku. Kompletnie go nie widziałem, bo zasłoniły go ekrany dźwiękochłonne, założę się, że on też mnie nie widział. Uratowało mnie ostre odbicie w prawo, wprost na jezdnię. Dobrze, że akurat nic nie jechało z naprzeciwka, bo miałbym w najlepszym razie lot na maskę.
Zerknąłem do lusterka. Gość się tym kompletnie nie przejął. Wyjechał na jezdnię i jakby nigdy nic, odjechał w kierunku Końskich.
Ta sytuacja uzmysłowiła mi, jak bardzo kretyńskim pomysłem jest prowadzenie drogi rowerowej wzdłuż ekranów dźwiękowych z gęsto usianymi przerwami na wyjazdy. I jak bardzo trzeba być czujnym w takich miejscach.

Wreszcie dojechałem do Sielpii, mojego kolejnego miejsca noclegowego. Nie martwiłem się, czy znajdę nocleg – Sielpia to znane w Świętokrzyskiem miejsce wypadowe na weekendy. Wokół jeziora znajduje się sporo pól namiotowych, jest nawet ładny deptak, molo i kawałek piaszczystej plaży. Pogoda taka jak dziś, zachęca do ucieczki z miasta, dlatego ośrodki nad wodą pełne były gwaru i weekendowych turystów.

Rozbiłem sobie namiot w bardzo przyjemnym miejscu, obok jakiejś większej grupy pokojowo nastawionych wczasowiczów – jak się później okazało – mocno związanych z kościołem. Byli bardzo uprzejmi, zaprosili mnie nawet na ognisko i poczęstowali kiełbaską. Przegadaliśmy cały wieczór o różnych wyjazdach rowerowych i nie tylko. Każdy miał jakieś wspomnienia i coś do opowiedzenia. Ani się spostrzegłem, kiedy zrobiło się późno i trzeba było zanurkować do śpiwora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz