sobota, 6 czerwca 2015

do domu!

Kolejny dzień znów powitał mnie krystalicznie czystym niebem. Już o poranku temperatura oscylowała wokół dwudziestu stopni, wszędzie było czuć, że lato kalendarzowe to już tylko formalność. Zwinąłem namiot, zrobiłem kilka pamiątkowych zdjęć i w drogę. Już na moście nad jeziorem minęła mnie grupa około pięćdziesięciu rowerzystów i rowerzystek w wieku licealnym. Najwyraźniej nie tylko ja wykorzystywałem weekend i sprzyjającą pogodę do ruchu na świeżym powietrzu.

Na rondzie odbiłem w prawo i bocznymi drogami obrałem kierunek na Gosiewo lub – bardziej oficjalnie – Włoszczową. Trasa trochę się dłużyła, bo kilometrów całkiem sporo, a atrakcji żadnych. No, ale gdzieś te kilometry trzeba przecież zrobić.
Z Włoszczowej pomknąłem dalej, na Koniecpol i Lelów. W tym ostatnim zrobiłem sobie dłuższą przerwę, zwiedzając dom cadyka rabina Bidermana, do którego rokrocznie zjeżdżają hasydzi, czyli najbardziej ortodoksyjni z żydów. Samozwańczy przewodnik pokazał mi miejsca, w których dokonują rytualnych ablucji, opowiedział o warunkach, jakie musi spełniać woda, mieszkanie, szaty, etc., aby były koszerne, słowem: by hasyd zechciał z nich skorzystać. No cóż, ni ma lekko.

Za Lelowem teren przestał być moim sprzymierzeńcem. Na drodze do Żarek zaczęły się długie i strome podjazdy, a przy tym niemiłosiernie grzało. Bagaż też wydał mi się jakiś taki cięższy… Najgorzej, bo i najwyżej zrobiło się w okolicy Niegowej. Myślę sobie: to przejedziesz, to będzie już z górki. I faktycznie – później, do Żarek już tylko wiatr świszczał mi w zakamarkach kasku. Trzy kilometry w pięć minut, przy prędkościach przekraczających 40km/h oraz piękne widoki na Jurę to było to, czego potrzebowałem, by odzyskać siły i dobry humor.

Dolinę Warty minąłem wartko. Miałem już ponad sto kilometrów w kopytach, ale do celu jeszcze trochę. Zatrzymałem się na trochę dłużej na rynku w Koziegłowach. Zrobiłem sobie przerwę na lody. Upał, mimo zachodzącego słońca nadal dawał nadal znać o sobie, a słońce wlewało ostrą pomarańcz na cały plac rynkowy. Było pusto. Zrobiłem jeszcze trochę wieczornych zakupów i w drogę.

Mimo, że zrobiło się trochę pod górkę, jakaś niewidzialna siła pozwalała mi cisnąć dalej przed siebie. Miałem świadomość, że oto przekroczyłem już linię drogi krajowej nr 1, więc choćby teren był pod górkę, to do mety jest „z górki”, bo już coraz bliżej. Za Gniazdowem teren wyraźnie uciekał w dół, więc trzymając się trzydziestki na liczniku, szybko dotarłem nad zalew Zielona na Małej Panwi, bodajże w granicach Kalet.

Na miejscu chwilę zajęło mi znalezienie kempingu. Okazało się, że schował się on za żywopłotem na zachodnim brzegu Zielonej Dolnej. Najpierw, błędnie szukałem go wokół domków po południowej stronie, na co zeszło mi całkiem sporo czasu. Później, już po rozbiciu namiotu, wróciłem do tego ośrodka domków, ponieważ tam był jedyny w okolicy punkt gastronomiczny. Niestety, dziewczyna prowadząca go właśnie zamykała, więc mimo że spiąłem obolałe pośladki i skupiłem w sobie maksimum wdzięku, który tylko byłem w stanie z siebie wykrzesać, zamiast ciepłej kolacji musiałem zadowolić się kilkoma batonów. Ech, jednak słaby ze mnie negocjator.


Ostatni dzień podróży minął bez większych przygód, nadal przy upalnej pogodzie. Trasa jak trasa – DK-78, trochę lasu, poza tym zgiełk i tłok na drodze mimo weekendu. Przed Gliwicami, chyba w Czekanowie, zatrzymałem się na chwilę, bo licznik mojej pętli akurat dobił do tysiąca kilometrów. Uau, ładnie! Potem pognałem już prosto przed siebie. Jeszcze niespełna trzydzieści kilometrów i po czternastej już w domu.

Do zobaczenia na kolejnej wyprawie, już w sierpniu 2016!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz