poniedziałek, 2 września 2013

rekonesans

Było krótko przed północą. Autobus zrobił dwie pętle po centrum Ałuszty, szukając dogodnego miejsca do wyładunku ludzi i do zaparkowania. W końcu udało się nam wjechać na plac rozległego, ale mocno zdewastowanego ośrodka. W nocy niewiele było widać - raptem betonowy chodnik i kilka niedokończonych, rozsypujących się budynków na zamkniętym terenie. Jak się za chwilkę okazało, niektóre budynki były w lepszym stanie - czynne i gotowe do przyjęcia gości.

Zaprowadzono nas do całkiem ładnej recepcji, w której po sprawnym zakwaterowaniu udaliśmy się do innego, już nie tak ładnego budynku. Ale nie ma lekko - w tym drugim budynku była kolejna recepcja i kolejny meldunek.

Budynek w środku nie przypominał czasów Gierka, to był co najwyżej wczesny Gomułka. Taka krymska klasa turystyczna. Wysokie sufity, wysokie odrapane drzwi do pokojów, zapadłe łóżka i kible na korytarzach. Coś niesamowitego. Nie byłem jeszcze w byłym ZSRR, a przynajmniej nie jako osoba mogąca coś z tego pamiętać. Bałem się, że w miarę upływu lat standardy poprawią się na tam tyle, że będzie tak jak w gdzie indziej i nie będę miał już okazji zobaczyć, jak żyło się ludziom za głębokiej komuny. Ale myliłem się! W hotelu sanatoryjnym Sewernaja Dwina było jak w skansenie, jak za starych czasów, gdzie za nocleg płaci się niemało, a otrzymuje najprawdziwszy badziew. I to jaki! Wszedłem do kibla a tu (wow!) nawet śladu deski. Chcesz posiedzieć? Wytrzyj sobie porcelankę i dawaj! Spłuczka na ogół działała, aczkolwiek pewnie problemy wymusiły na personelu zdjęcie pokrywy zbiornika. A personel? Mimo, że sprzątaczki były na każdym kroku i walczyły od rana do wieczora, to efekt ich pracy był mizerny, bo wszystko skutecznie psuł brak kapitalnego remontu, o który obiekt prosił się od lat. Mówię wam, stare polskie PTSMy to przy tym klasa lux.

No dobra, po podróży jestem spocony i chciałbym się wykąpać. Przepraszam, gdzie są prysznice? Na parterze. Jak to? Tak, na parterze i tylko tam. Ot, pomieszczenie, w nim cztery murowane boksy nie remontowane od dziesięcioleci. Zero jakichś drzwi, zasłonek, itp. Wszyscy ze wszystkimi. Ja tam obiekcji nie mam, ale byli tacy, których mogło to krępować.

Natomiast ośrodkowi trzeba oddać, że nie było najmniejszego problemu z udostępnieniem zamykanego pomieszczenia na rowery. W pokojach i pod prysznicem zawsze mieliśmy ciepłą wodę, każdy pokój dysponował swoją umywalką i balkonem. Na stołówce jedzenia naprawdę dużo. Myślę, że nikt po posiłku nie mógł wyjść głodny. Pewną egzotyką okazało się natomiast, że śniadania są serwowane zawsze na gorąco, niemal w formie obiadu - obok obowiązkowego grysiku na mleku z masełkiem zdarzały się np. gotowane kartofle. Aa, no i by skansenowi stało się za dość, co rano podczas śniadania na stołówce odzywał się z głośnika uroczy męski głos. Pan, nie ujawniając swego oblicza, obwieszczał bardzo spokojnym głosem o tym, gdzie się znajdujemy, o dacie, prognozie pogody oraz ofertach wycieczek fakultatywnych dostępnych przy specjalnym stoisku. Jego głos był życzliwy a nawet do tego stopnia idylliczny, że mi osobiście cała ta atmosfera jakoś tak przypominała obrazki z piosenki Młynarskiego "Yesteśmy na wczasach".

* * *

Poniedziałek zaczął się leniwie. Po śniadaniu Ondraszki wybrały się na pieszy rekonesans Ałuszty. Zobaczyliśmy wspólnie plac w ścisłym centrum, po czym stwierdzając, że tak w sumie to nie ma tu niczego wartego uwagi, podzieliśmy się na mniejsze grupy i każda z nich pomaszerowała w swoją stronę. Mi szczególnie zależało na tym, żeby zdobyć miejscowy specyfik rozpuszczający kamienie nerkowe. W polskim internecie panuje opinia, że nie ma nic lepszego na kamienie niż Złoty Konik. W Polsce nie sposób go dostać. Korzystając z okazji odwiedziłem więc kilka aptek, ale tylko jedna zaoferowała mi sprowadzenie leku na zamówienie. Reszcie się nie chciało. A w tej jednej specyfik miał być do odbioru już następnego dnia o tej samej porze. Oprócz tego, kolega Piotr chciał sobie kupić starter GSM z miejscowej sieci Life:), więc cel zakupowy mieliśmy w miarę wspólny i trzymaliśmy się razem. Przy okazji udało nam się sfocić miejscowy meczet tatarski, zajefajną betonową plażę miejską (obleganą tłumnie mimo zachmurzenia i całkowitego braku estetyki) oraz deptak z pomnikiem... nie, nie Mickiewicza, choć był bardzo podobny. Puszkina. Wykombinowałem nawet taki mały konkurs na Fejsa: zrobiłem fotę, wypikselowałem podpis zostawiając tylko daty urodzin i śmierci, i rzuciłem do neta zagadkę: kto jest na pomniku? Nagrodą było osobiste imienne pozdrowienie z Krymu. Okazało się, że w dobie Google'a i Wikipedii pozostawienie dat drastycznie obniżyło stopień trudności. Fakt. Aczkolwiek, jak słusznie zauważył Fenio, nagroda też czapki nie zrywa. Pierwszą odpowiedź, od razu trafną, zamieścił Mariusz Gil - i to on otrzymał obiecane pozdrowienia z dedykowanym widoczkiem.

* * *

Po południu przypomnieliśmy sobie z Piotrem, że jesteśmy na zlocie rowerowym. Wzniosy są tu słuszne, ale przecież wypadałoby przecież zrobić te kilka kilometrów dziennie. No dobra, ale gdzie tu pojechać? Jak na popołudniową porę wszędzie daleko... W końcu, z braku lepszego pomysłu, a może ze zwykłej chłopskiej ciekawości postanowiliśmy podskoczyć do pobliskiego Małego Majaka, w którym pojutrze miał rozpocząć się oficjalnie nasz zlot. Na doczepkę przybrał się z nami Kazik vel Bercik (tak, w istocie pod wieloma względami przypominał głównego bohatera Świętej Wojny).

Nie zależało nam na "inhalacji" spalinowej, dlatego pojechaliśmy boczną nadmorską drogą przez Lazurnoje. Nigdy przedtem 16 km nie było dla mnie takie trudne: raz mordercze 20% wzniosy, to znów takie same zjazdy po czymś, co kiedyś było asfaltem (więc nie było jak poszaleć). Na zakrętach często trzeba było przeprawiać się przez naniesiony deszczami żwir, który nie raz potrafił szczelnie i grubo przykryć asfalt na odcinku nawet 200 metrów, tworząc niezłe wertepy. Tłumaczono nam potem, że tutaj drogowcy mają z tym duży problem. Moim zdaniem wystarczyłoby to regularnie sprzątać albo wykonać odpowiednie zapory betonowe. W końcu nie tylko na Krymie są górskie drogi, a inne kraje jakoś sobie z tym radzą.

Przed samym Majakiem musieliśmy i tak wspiąć się do poziomu 400 metrów npm do głównej drogi, bo nad samym morzem nie było przejazdu. O, właśnie, tu należy się wam kilka słów wyjaśnienia: na Krymie, podobnie jak np. w Egipcie, linia brzegowa nad samym morzem jest szczelnie rozparcelowana między ośrodki wczasowe. Nie ma czegoś takiego jak w Polsce, że sam pas wybrzeża jest dobrem wspólnym i nie wolno go grodzić. Tutaj każdy z ośrodków jest ogrodzony i ma armię paramilitarnych cieciów, którzy tylko czekają, by pogonić cię, gdybyś przypadkiem próbował przejechać przez ich teren. O legalnym indywidualnym przejeździe też oczywiście nie może być mowy. Nie bo nie i najlepiej nie pytaj, dlaczego. Generalnie taki układ plus wysokie góry nad samym morzem stwarzają idealne warunki do wszelkich odmian korupcji. Nie próbowałem co prawda uskuteczniać tego typu "uproszczeń", aczkolwiek wiem, bo na ten temat krążą legendy.

Ostatni podjazd był morderczo długi. Tylko Bercik gnał do przodu jak dziki i często znikał z pola widzenia. Oj, power w nogach to on ma! Po dojechaniu do głównej drogi i kilkuset metrach po płaskim, czekał nas wymarzony zjazd najpierw do Małego Majaka, a później na sam dół do Bondarenkowa, czyli samego ośrodka studenckiego, w którym mieliśmy spać. Zjazd był faktycznie masakryczny, ale cóż, kiedy stan drogi zupełnie nie nadawał się do szaleństw. Poza tym, z moimi v-breakami byłem na straconej pozycji. Towarzystwo miało tarczówki i mogło szaleć. Ja zaś, przy przyspieszeniu rzędu 10 km/h/s i mając obawy, czy wystarczy mi gumy na klockach do wyhamowania, zjeżdżałem bez nadmiernego rozpędzania i przez to zostawałem na szarym końcu. Swoją drogą, aż strach było pomyśleć, jak będzie wyglądał powrót...

* * *

Na dół zjechaliśmy w kilka minut. Minęliśmy przyniszczoną bramę i stróża. Co ciekawe, nie wykazywał on żadnego zainteresowania naszą obecnością, więc pojechaliśmy dalej. Widać gość był przygotowany na to, że wkrótce na zlocie pojawi się tu wielu rowerzystów i takich trzech jak my zupełnie nie zrobiło na nim wrażenia. W ośrodku kręciło się parę osób, ale ogólnie było pusto. W sumie, nie było co oglądać. Zrobiliśmy rundkę i po chwili już wracaliśmy.

Ach, co to był za podjazd! Mimo pustego roweru (tzn. bez sakw) w najgorszych miejscach nie było innej możliwości jak zsiąść i prowadzić. Z resztą jazda i tak zupełnie nie miała sensu, bo w tym miejscu piesi poruszali się szybciej od rowerzystów. Słuchajcie, po raz pierwszy w życiu jechałem rowerem 3 km/h na stojaka(!) i nadal utrzymywałem pion. Dałem w końcu za wygraną i zszedłem, a mimo to na górę wgramoliłem się zdyszany i zlany potem. Zamiast szerokich serpentyn, droga prowadziła prawie pionowo pod górę do tego stopnia, że samochody osobowe musiały ostro drzeć na jedynce, by w ogóle pokonać wzniesienie. Zrobiłem z ciekawości jedno kontrolne zdjęcie pobocza w najgorszym miejscu. Potem, gdy mierzyłem kąt na komputerze, wyszło mi jakieś 25%. Z kolei zaletą miejsca był przepiękny widok na otwarte morze. Człowiek stojąc na drodze może nie zdawałby sobie sprawy z kąta nachylenia gdyby nie to, że na taflę morza patrzyło się jakoś tak zupełnie nienaturalnie, jakby to nie ziemia, a morze było krzywe.

W końcu udało nam się dotrzeć do głównej drogi. Słońce już zaszło i zaczęło się robić szaro. Ujechaliśmy trochę i mimo że z górki, to jednak coraz gorzej szło. No jaaa, pana z tyłu! A Grzesista bez narzędzi, dętki czy choćby odrobiny łatki. Jechaliśmy dziś w sumie krótką pętlę, więc pomyślałem sobie - aaa co tam, nie biorę. Mam Schwalby z powłoką antyprzebiciową, na których zrobiłem ponad 10 tys. km bez kapcia, to i tym razem się uda. I to się szybko zemściło. Na ukraińskich drogach, zwłaszcza na poboczach, jest sporo rozbitego szkła. Zupełnie tak, jakby każdy kto wypije piwo, bez żenady rozbijał butelkę o asfalt, zamiast wyrzucić ją w jakiś cywilizowany sposób.

Tym sposobem 7 km do celu musiałem pokonać pieszo, poboczem, wzdłuż głównej drogi. Piotr postanowił mi towarzyszyć, a Bercik pomknął do hotelu. Po takiej trasie opona i dętka nadawały się już tylko do wywalenia. Jedynym pocieszeniem był fakt, że z miejsca zdarzenia do Ałuszty szło się cały czas z górki.

Do hotelu dotarliśmy jakieś półtorej godziny później, niż zakładaliśmy. Po zasłużonej kolacji w jednej z miejskich stołówek, cel jawił się już tylko jeden: wyrko i to w trybie pilnym!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz