niedziela, 1 września 2013

komu w drogę, temu... Krym!

Od kilku dobrych lat żyję w biegu. Wyjazd rowerowy jest dla mnie odskocznią od codzienności i staje się już potrzebą, a nie tylko opcjonalnym dodatkiem do wakacji. Nie inaczej było i w tym roku - nawet nie wiem, kiedy nadszedł wrzesień, a z nim mój pierwszy wyjazd na Krym z klubem rowerowym Ondraszek z Cieszyna.

Czwartkowe popołudnie wystarczyło, by spakować się do sakw. Potem oczywiście na wagę. Ta stwierdziła, że brutto wszystkich trzech worów zamyka się w 18 kilogramach. To niedużo w stosunku do poprzednich lat; widać z roku na rok uczę się pakować coraz efektywniej i lżej ;)

W piątek jeszcze do pracy, a po południu już z całym majdanem do Cieszyna. Zbiórkę koło autokaru zaplanowano na sobotę rano, ale mi nie podobał się pomysł gnania 50 km na złamanie karku skoro świt. Przenocowałem więc na miejscu i w sobotę rano stawiłem się o wyznaczonej porze przy autobusie.

Transport miał odbyć się dwuetapowo - do granicy polskim autokarem, a na Ukrainie ukraińskim. Kiedy przyjechałem na miejsce zbiórki, leciwy Jelcz stał już na miejscu. Miał odkręcone tylne fotele, tak by 18-osobowa grupa mogła podróżować wraz z rowerami. Trwało pakowanie. Bagaże do luku, a rower na tył, przypięty kilkoma ekspanderami we wnętrzu autobusu i wzajemnie do innych rowerów. Te w miejscach ewentualnych tarć były poprzekładane kocami. Nie powiem, podczas jazdy taki model transportu dobrze się sprawdził.

* * *

Wyjechaliśmy. Co ciekawe nie na Katowice, ale na Kraków. Skontaktowałem się z żoną, która w tym czasie przebywała z dziećmi u teściów. Okazało się, że akurat była na zakupach i... przed Kętami autobus zaliczył lotną premię w postaci machającej żeńskiej połowy Grzesistów ;)

Od Zakopianki droga na wschód jest naprawdę wygodna. Bezpłatną (jeszcze) autostradą A-4 dotarliśmy szybko aż za Tarnów. Potem zaraz jedzonko. Zatrzymaliśmy się w nowiutkiej restauracji Dolina Pstrąga.

Nie nie, pstrąga nie zamówiłem. Zachciało mi się pierogów z mięsem, smażonych na głębokim oleju. Tego oczywiście w menu nie było i nie można było zamówić. Były tylko pierogi gotowane. Usiłowałem użyć wszystkich swoich wdzięków, by przekonać śliczną kelnerkę, że warto zaryzykować i wrzucić pierożki do frytownicy. Ale ona nie i nie. Kuchnia tego nigdy nie robiła i się boi (!) No cóż - myślę - przydałaby im się tu Magda Gesler ;) Ostatecznie wynegocjowaliśmy pierogi zasmażane na patelni. Moja ocena... 3+. Jakieś takie nieszczególne były. Za to do końca, kiedy tylko pani kelner podchodziła do naszego lub sąsiedniego stolika z jakimkolwiek pytaniem, kończyło się na dodatku "ale poprosimy to na głębokim oleju", na co panienka rumieniła się i odwzajemniała dowcip uśmiechem dookoła głowy ;]

* * *

Do granicy w Medyce dotarliśmy już po zmroku. Bylibyśmy może i wcześniej, gdyby nie to, że Ondraszki straciły całkiem sporo czasu na poszukiwanie kantoru z dobrym kursem, jeszcze po polskiej stronie. Sukcesem w sobotnie popołudnie było w ogóle znalezienie jakiegokolwiek czynnego kantoru, dlatego też mimochodem zwiedziliśmy Jarosław i Przemyśl. Wymiana udała się ostatecznie dopiero w centrum handlowym w Przemyślu. Po natarciu na kantor szczęśliwcy dosyć szybko wykupili wszystkie hrywny. Reszta musiała poczekać, aż konik dowiezie więcej, a to niestety trwało i trwało. Ale radość z dobrego kursu też nie była wieczna, kiedy wyszło, że kurs po ukraińskiej stronie okazał się jeszcze korzystniejszy.

* * *

Granicę przejechaliśmy rowerami bez większego kłopotu. Po drugiej stronie czekał na nas autokar równie leciwy co poprzedni, ale wygodniejszy, Mercedes. Kierowcy nie przewidzieli jednak, ile miejsca może zająć 18 nierozkręconych rowerów, dlatego ułożenie sprzętu też trochę trwało i ostatecznie nasze dwukółka, upchnięte z tyłu wozu jak sardynki, ruszyły w dalszą drogę bez poważniejszego wiązania i chwytania ekspanderami. Trzymały się same siebie ;) Plusem była za to większa liczba foteli, dzięki czemu prawie każdy miał do dyspozycji dwa miejsca siedzące i mógł się wyspać, niekoniecznie na siedząco.

W drogę - no tak, do Lwowa faktycznie równą jak stół. Myślę sobie: co ci ludzie gadają, przecież taki asfalt to czysta przyjemność! Moje szczęście trwało raptem 80 km. Za Lwowem skierowaliśmy się na Tarnopol i... się zaczęło. Kolejne 120 km to ponad trzygodzinny slalom między dziurami po całej szerokości jezdni. W życiu nie widziałem jeszcze drogi w takim stanie: niektóre dziury miały po kilka metrów średnicy i ponad pół metra głębokości! Większość z nich można było objechać np. lewym pasem, o ile akurat nic nie jechało z naprzeciwka. Jeśli się nie dało, kierowca hamował do zera i delikatnie przez nie przejeżdżał, starając się nie zgubić zawieszenia. Kilka takich dolin i nabraliśmy przekonania, że kaski rowerowe nie mogą jechać na półkach nad głowami, bo za sprawą drgań i slalomów lubią zupełnie nieoczekiwanie lądować na sąsiedzie z naprzeciwka. Za Tarnopolem, w kierunku na Chmielnicki, droga zauważalnie się poprawiła. Od Zbyszka usłyszałem, że najgorszy odcinek mamy już za sobą. Ufff... Było dobrze po północy i nawet nie zauważyłem, kiedy się pogrążyłem. Obudził mnie przenikliwy chłód. Siedziałem tuż za tylnymi drzwiami, "szczelnymi inaczej", więc podczas gdy przód chrapał w najlepsze w ciepełku, do mnie docierało jedynie świeże powietrze z zewnątrz. Nurkując z ciemnościach, na górnej półce namacałem stary gryzący wełniany koc - pomyślałem: dobre i to, mam antidotum na moje problemy. Owinąłem się nim szczelnie i tak przetrwałem do rana. Na dobre obudziłem się dopiero, gdy autobus zatrzymał się w okręgu winnickim obok przydrożnego baru. Było już poranek dnia następnego. Prosta, szeroka droga i jak okiem sięgnąć zero, z-e-r-o cywilizacji. Mówię wam, Arizona! Uwielbiam takie pustkowia: spokój, szczere pole, jedna jedyna szeroka droga, tylko nawierzchnia nadal niezbyt, ale przecież taki jest ten kraj!

Drogi ubywało powoli, bo towarzystwo co rusz chciało to rozprostować kości, to znów siku, to jeszcze jakąś inną kawkę, więc postojów było całkiem sporo. W miarę upływu czasu droga na południowy wschód wyglądała coraz lepiej. Minęliśmy Jużnoukraińsk z jego elektrownią atomową, później wyskoczyliśmy na całkiem ładną dwupasmówkę Kijów-Odessa. Po południu minęliśmy Mikołajów, Herson i przekroczyliśmy Dniepr - naprawdę imponującą rzekę. Widziałem Dunaj i Nil, ale Dniepr jednak wydał mi się zdecydowanie najszerszą z nich. Kto wie, może dlatego, że byliśmy w jego dolnym biegu, niedaleko ujścia?

Od około dwustu, trzystu kilometrów w powietrzu wyczuwało się inny klimat. Było zdecydowanie cieplej, powietrze suche, a i roślinność taka bardziej śródziemnomorska, no i oczywiście stepy. Nie zlokalizowałem mickiewiczowskich Akermańskich, ale myślę że to co mijaliśmy, niewiele się od nich różniło.

Zmierzchało już, gdy przekroczyliśmy rogatki Krymskiej Republiki Autonomicznej. Do Simferopola było jeszcze daleko, ale to już Krym. Tadam! Dobrze, jedziemy dalej. W stolicy Krymu zatrzymaliśmy się na kolejne pół godziny na jakiejś stacji. Potem na wybrzeże. Pamiętam, gdy najpierw autobus dość długo męczył się z mozołem pod górę, by po osiągnięciu przełęczy Angarskiej raptownie zacząć pikować w dół. Zjazd dość raptownie podgrzał hamulce, do tego stopnia, że kierowca starał się jak najwięcej hamować silnikiem. Pamiętam ten przypływ adrenaliny, gdy zredukował, w skrzyni coś chrupnęło i przez moment wydawało się, że biegi zostały na asfalcie. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy i mogliśmy szczęśliwe dotrzeć do celu.

1 komentarz: