05 września 2013

oficjalne otwarcie zlotu

Na czwartek organizatorzy zlotu przewidzieli Uroczyste Otwarcie w Ałuszcie. Około dziesiątej zatem wyruszyliśmy – oczywiście pieszo, pchając rowery – pod górę do głównej drogi. Komandor rajdu, Raczyński, zarządził, by wyjść „na górę” i tam poczekać na resztę. Tak też się stało – około stupięściesięcioosobowa grupa rowerzystów pod czujnym okiem milicji zgromadziła się i skutecznie blokowała boczną drogę, dopóki nie pojawił się szef. Później w miarę sprawny zjazd w kolumnie na dół – w sumie formalność.
Zgormadzono nas wszystkich na placyku przy promenadzie nadbrzeżnej, nieopodal charakterystycznej Rotundy. Najwyraźniej władzom miasta zależało na promocji naszej imprezy (albo odwrotnie ;) bo ustawiono nawet specjalną scenę i zaplanowano program artystyczny. Oczywiście znów trzeba było poczekać trochę do rozpoczęcia. Teren „zakazany” odgrodzono specjalną taśmą, no a jak taśma, to musiał ją oczywiście ktoś trzymać – i już etacik leci.
Początkowo ludzie zgromadzili się w coś na kształ kręgu, pustego w środku. Ktoś wpadł ma pomysł, by dla zabicia czasu zrobić kilka jakichś figur/pokazów rowerami, no i czywiście padło na mnie. Dołączył też drugi kolega no i tak robiliśmy naprzemiennie ósemki, kółeczka i takie tam.
Wreszcie zaczęło się. Najpierw przemówienia – jak to na wschodzie – przesadnie pompatyczny i buńczuczny ton mówców, zupełnie jak w TV Korei Północnej. To był chyba mer Ałuszty i jeszcze jakiś wyższy urzędnik, pewnie z władz Krymu. Następnie zwięzłe i zupełnie normalne, jak na te warunki, przemówienie Raczyńskiego, a na koniec jakiś niezbyt długi program artystyczny.


Koniec końców, impreza przeciągnęła się do wpół do drugiej, ale i tak nie do końca dnia. Co było robić? Zbychu wpadł na pomysł, że my, Ondraszki, zrobimy sobie mały wypad na zachód, pod Ajudah. W sumie, czemu nie? Fajny pomysł!
Tłum się rozrzedzał i mogliśmy powoli zacząć przemieszczać się pod górę, główną drogą, w kierunku Jałty. Żeby nie było zbyt prosto, po drodze musiał nas dopaść deszcz. Na szczęście przelotny, więc można było spokojnie kontynuować.
Na Ajudah oczywiście nie można wjechać, tak jak wszędzie. Tego nie można, tamtego nie można. Zwykły człowiek ma tutaj nieźle przechalapane. Dojechaliśmy do szlabanu, przeczytaliśmy tablicę informacyjną i można było spoojnie zwijać się w drogę powrotną do Małego Majaka. Plus na podsumowanie dnia taki, że przynajmniej nakręciliśmy te czterdzieści kilometrów.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza