środa, 1 lipca 2020

pozdrawiamy Karkonosze

Spało się znakomicie. Około ósmej doszliśmy do wniosku, że najwyższy czas ruszyć się z wyra i przygotować do drogi. Okienko barowe na kempingu było nadal zamknięte, a ja miałem ochotę na jakieś śniadanie na ciepło. Na szczęście przed wyjazdem pani jednak dotarła na miejsce i otwarła przybytek. Zamówiłem sobie parkę (parówkę) i powróciłem do pakowania.
Koło dziesiątej wyruszyliśmy. Jurek po raz pierwszy był w tych okolicach, ale obiecał sobie, że jeszcze tu wróci z rodziną, tak mu się tu spodobało. W miarę kolejnych kilometrów tylko utwierdzał się w tym przekonaniu, mijając kolejne skałki i bramę wjazdową do parku. Nie dojechaliśmy jednak do Adršpach – wcześniej trzeba było odbić w prawo, w kierunku polskiej granicy, bo naszym celem tego dnia były Kowary i dalej, ziemia jeleniogórska.
Aż żal było patrzeć, co zostawiamy za sobą. Przed Mieroszowem skręciliśmy na zachód. Za lekkim podjazdem trafiliśmy do doliny Łęcznej. Rzadko spotykam miejsca, które sprawiają tak silne wrażenie oderwania od cywilizacji. Z jednej strony bowiem góry oddzielające to miejsce od Polski, z drugiej zaś całkiem łatwo dostępna granica i bliskość Czech. Mnóstwo zieleni i czas, który zatrzymał się w miejscu – tak najkrócej można by scharakteryzować to miejsce.
A my osiągamy kolejną kulminację, piękny punkt widokowy i już zjeżdżamy do Chełmska Śląskiego. Byłe miasteczko, którego nie kojarzyłem wcześniej z czymkolwiek, bardzo pozytywnie zaskakuje zabytkową zabudową tzw. Dwunastu Apostołów – domów tkaczy przy wjeździe do miejscowości. Historia tego miejsca zadziwia i skłania do odwiedzenia go osobno przy najbliższej nadarzającej się okazji. My kierujemy się dalej do Lubawki, gdzie przecinamy drugą już (po Kudowie) ważną arterię północ-południe, czyli drogę DK-5 z Wrocławia do Hradca. Tam trafiamy na drogowskaz „Przełęcz Kowarska”, który dla nas brzmi jak wyrok ;) Zaczyna się podjazd, który, jak się okazuje, nie jest jeszcze tym właściwym: na razie wspinamy się tylko na poziom 600 do Szczepanowa, by za nim zjechać do Miszkowic i dopiero stamtąd rozpocząć właściwy podjazd. Ślepce tylko na to czekają, dlatego przyspieszam. Te bestie nie nadążają za mną powyżej 16-17km/h, to cenna wiedza po wielu kilometrach, ale tutaj niestety zdarzają się jakieś takie większe odpowiedniki, które głośno bzyczą i potrafią się rozganiać do dwudziestki i więcej. Jedyne pocieszenie, że przy tej prędkości nawet nie są w stanie usiąść i zaatakować… Przy większych wzniosach pozostaje OFF, który na ogół jest wystarczająco skuteczny. I tak jadę sobie, mając z tyłu głowy, że przecież Przełęcz Kowarska to (pikuś) 727 m npm, a tymczasem mijam 750-ty metr, a tu nadal w górę! Co jest?! Okazuje się, że droga, którą podążamy, to tak na prawdę szlak asfaltowy na przełęcz Okraj, a ta przecież znajduje się znacznie wyżej! Stąd – co trafia się niezmiernie rzadko – zjeżdżamy w dół do Przełęczy Kowarskiej, a potem jeszcze dalej, aż do Kowar i tym samym osiągamy wschodnią bramę Karkonoszy.
Za Kowarami początkowo jedziemy w kierunku Karpacza, by następnie w Ściegnach odbić na zachód, na drogę prowadzącą do Piechowic i Szklarskiej Poręby. Uciecha ze zjazdu do Kowar ustępuje kolejnemu mozolnemu podjazdowi, jak na Karkonosze przystało. Jurek coraz gorzej znosi trudy podróży. Od początku uskarża się na ból lewego kolana. Tym razem, jak mówi, problem jest na tyle uciążliwy, że cierpienie jest większe, niż przyjemność z jazdy. Chce mnie uprzedzić, że prawdopodobnie nie dotrze razem ze mną do końca trasy i będzie chciał ewakuować się wcześniej. Na razie – mówi – jedźmy dalej, zobaczymy. Na rondzie w Ściegnach trzymamy się głównej DW-366, inaczej niż większość kierowców podążających do Karpacza. Za rondem ruch mocno się luzuje i możemy trochę odetchnąć. Mijamy zbiornik Sosnówka z imponującą zaporą, przebijamy się praktycznie bez postoju przez Cieplice Zdrój, a później na przestrzał przez DK-3.
Plan na środę przewidywał dotarcie do jednego z kempingów nad Jeziorem Leśniańskim. To jakieś 40 km na zachód od Jeleniej Góry. Myślę sobie: jeśli Jurek podejmie decyzję o przerwaniu jazdy i powrocie do domu, najlepszym miejscem, by złapać połączenie, będzie Jelenia Góra. Stąd też, im dalej dotrzemy, tym trudniej będzie mu wrócić, więc nie ma sensu pchać się aż do Leśnej. Po drodze i tak w planie mam Starą Kamienicę, a w niej zaprzyjaźnioną agroturystykę „U Świątków" – polecam, rewelacyjne miejsce. Jurkowi pomysł przypada do gustu i w niecałą godzinę już jesteśmy na noclegu.
Na miejscu ze zdziwieniem odkrywam, że tylne koło mojego roweru jest uboższe o dwie szprychy, które w ciągu dnia były źródłem wesołego brzdękolenia na ostrzejszych podjazdach, no i oczywiście kompletnego rozcentrowania koła, co przy okazji powodowało tarcie hamulca i utrudniało jazdę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza