niedziela, 5 lipca 2020

lecim na Szczecin…

Rano z Uferloos nie chciało mi się wyjeżdżać. Niepowtarzalna atmosfera i magia tego miejsca działały jak magnes. Zrobiłem bez pośpiechu wstępne pakowanie i zauważyłem, że goście zaczynają gromadzić się wokół wiaty z ławostołami. Tam i z powrotem biegały panie z obsługi i znosiły coraz to nowe półmiski z jedzeniem. Czyli co, śniadanko? Wczoraj wieczorem nikt mi o nim nie wspomniał, więc czułem się trochę niepewnie. Zrobiłem sobie kawę i czekałem na rozwój wydarzeń. Nic, najwyraźniej jednak śniadanko było w cenie, dlatego nie marnując dłużej czasu zabrałem się za jedzenie. Chmur na niebie tego dnia było sporo i cały czas przybywały, więc po śniadaniu spakowałem resztę dobytku i ruszyłem w drogę.
Początkowe kilometry mijały monotonnie przy silnym bocznym wietrze, więc nie było zbyt wesoło. Pocieszałem się, że po przejechaniu Odry zmienię przecież kierunek na wschodni i wtedy wiatr będzie moim przyjacielem. Póki co docieram do kolejnego reliktu przeszłości, czyli nieczynnego mostu w Siekierkach. Zardzewiały, zamknięty na cztery spusty, straszy tylko i prosi się o renowację.
Tymczasem ja jadę tak sobie dalej pod wiatr w kierunku praktycznie zachodnim i już osiągam kolejną atrakcję dnia, czyli najdalej na zachód wysunięty fragment Polski. Inaczej, niż kiedyś w Zosinie, teraz obserwuję punkt widokowy koło Kostrzynka z oddali, ze strony niemieckiej, a nie naszej. Fajnie byłoby widzieć Odrę stamtąd. Ale nie, nie zdobędę się na aż takie poświęcenie, by po przekroczeniu granicy jeszcze pchać się na południe. Zadowalam się zatem widokiem z oddali i gnam dalej do Hohenwutzen. Tu spokojnie, między domami, docieram do drogi granicznej i mostu na Odrze i… koniec idylli. Tutaj mimo niedzieli ruch jak w ulu. Typowo po polsku, czyli zero tolerancji dla jednośladu, a w Osinowie jak zwykle: zigaretten, tankstelle i inne duperelki, byleby tylko biznesik się kręcił – a że estetyki brak? No cóż.
To ostatni mój kontakt z Bundesrepublik. Odtąd ruchliwą DW-124 pcham się do Cedyni. Po drodze rzecz jasna chwilowy postój w historycznym miejscu, gdzie nasi rzekomo kiedyś pogonili Niemców. Warto na chwilę się zatrzymać na fotkę, bez gwarancji, że widzisz dokładnie to miejsce, gdzie kiedyś rozegrała się bitwa, no i jakoś tak bez przekonania, czy ostatecznie wyszło nam to na dobre… ;)
Docieram do Cedyni. Wioska niczym szczególnym się nie wyróżnia, więc nie zatrzymując się, skręcam w lewo na północ, na Lubiechów. Tu droga jest już znacznie spokojniejsza. Pogoda tez zaczyna znów przypominać lato i jedzie się znacznie przyjemniej. Tymczasem teren zaczyna się coraz mocniej fałdować do tego stopnia, że za Piaskiem osiągam blisko 100 m npm. Łąki, lasy, łąki, lasy… Kolega Marcin kilka dni temu zachęcił mnie, by będąc w tych okolicach koniecznie odwiedzić Cafe kocur w miejscowości Zatoń Dolna. Myślę sobie, czemu nie? Mapa mówi, że to całkiem blisko, więc od dobrych kilkunastu kilometrów wypatruję skrzyżowania. Koniec końców okazuje się, że do Zatoni należy zjechać ostro w dół aż do samej Odry. Kurde, tyle podjazdu i teraz wszystko w tyłku? I co, ja tu mam potem z powrotem podjeżdżać? No ale nic, obiecałem… Dobra, Wreszcie jestem na miejscu. O żesz, ale wygwizdów! Trzy domy na krzyż i dwie stodoły, masakra. Nawet jednego spożywczaka! Bez trudu jednak odnajduję Cafe Kocur, bo odznacza się takim kontrastem na tle pozostałej architektury, że ślepy by trafił. Myślę, że właścicielce tej miejscówki należy się czapka z głów za odwagę, bo w tak… hm, nietypowym i niedostępnym miejscu odpalić taki niszowy biznes, to trzeba mieć wiele samozaparcia.
Wchodzę do środka i od drzwi rzucam, że przywiozłem pozdrowienia od Marcina z Rybnika. Szefowa – szeroki uśmiech, zero pytań dodatkowych, widać wszystko gra. Po krótkiej rozmowie dostaję nawet propozycję darmowej kawy, ale zupełnie nie taki był cel tych pozdrowień, więc grzecznie acz stanowczo płacę i siadam na słoneczku na zewnątrz. Tutaj przypadkowa para no i jak zwykle standardowy zestaw pytań: skąd, dokąd, wow, rewelacja. Robimy sobie pamiątkowe selfie, dopijam małą czarną i w dalszą drogę. Szczęśliwie okazuje się, że nie muszę wspinać się z powrotem na górę, z której przyjechałem. Mogę jechać wąskim asfaltem nad samą rzeką, tzw. Doliną Miłości, aż do mostu w Krajniku Dolnym. To naprawdę jest jak wybawienie, bo nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym musiał z tobołami wracać do drogi na wzgórzach…
A Dolina Miłości to coś więcej, niż tylko nazwa. Tal der Liebe to park pałacowy położony na faliście ukształtowanym terenie, pocięty głębokimi jarami. Znajdują się tu rzeźby, stawy, ścieżki, no i oczywiście mnóstwo drzew i różnorakiej roślinności. Wszystko to nad samą Odrą, jakże inną niż ta, którą znamy z naszych górnośląskich obrazków.
Ja tymczasem dojeżdżam do Krajnika Dolnego, z którego bez zatrzymywania ładuję się na DW-122 i wzdłuż rzeki dalej na północ. Plan jest taki, żeby zjechać do Ognicy i pojechać skrótem, gruntową drogą do Widuchowej. Okazuje się jednak, że te plany mogę sobie włożyć między bajki – w Ognicy droga najpierw zmienia się w szuter, by po kilkuset metrach przejść w regularny, miękki piach. Z moim ładunkiem oznacza to tylko jedno: grzeczny powrót do drogi wojewódzkiej i dodatkowe kilometry. No nic, lepsze to, niż brnięcie piaszczystą drogą nie wiadomo jak długo. I to był dobry wybór – droga przez Krzywinek, Widuchową i dalej, nie należy do zatłoczonych. Wiedzie przeważnie przez tereny zielone, niezamieszkałe i skrajem lasu, dlatego większym problemem, niż ruch samochodowy, bywają tu natarczywe owady.
Psuje się też pogoda i to coraz bardziej. Do tego stopnia, że przed Gryfinem zaczyna padać: najpierw słabo, potem coraz mocniej, aż wreszcie dalej, w kierunku na Szczecin, już regularnie leje. Tym razem w powiedzeniu „lecim na Szczecin” słychać opony taplające się w kałużach. Trasę mam zaplanowaną tak, żeby w miarę możliwości w terenie zabudowanym prowadziła drogami rowerowymi, wzdłuż DK-31. Niestety to, co na mapie wydaje się drogą rowerową, w plenerze wcale nią nie jest. Fatalny stan asfaltu i chodników to coś, co – mimo, że pamiętam ją sprzed dwóch lat – każe jednak trzymać się chodnika, tam gdzie tylko się da.
Wreszcie, po kilkunastu nudnych kilometrach, docieram do mariny w Szczecinie. Po cichu liczę, że uda się wynająć jakiś mały skromny bungalow. Pan na recepcji nie pozostawia jednak złudzeń: wszystkie domki są zarezerwowane do września. Sugeruje, żeby poszukać jakiegoś miejsca pod drzewem i tam sobie rozbić namiot. Drzew jest całkiem sporo. Myślę sobie: przeczekam deszcz i spróbuję może faktycznie w ten sposób. Do cierpliwych świat należy! Ciemna chmura powoli daje za wygraną odsuwa się na wschód i po pół godzinie wychodzi słoneczko.
Idylla byłaby całkowita, gdyby nie moje najnowsze odkrycie: w deszczu z Goleniowa zgubiłem kolejną szprychę, przez co tylne koło mam znów rozcentrowane i hamujące. Szukanie serwisu w Szczecinie nie za bardzo mi pasuje, bo to na pewno opóźni mnie o co najmniej pół dnia. Znajduję najbliższy serwis na trasie, tzn. dopiero w Kołobrzegu. Krótki kontakt przez internet i już wizyta we wtorek umówiona. Teraz tylko trzeba tam dojechać, co będzie o tyle kłopotliwe, że tylny hamulec trzeba zdjąć, bo trze. Na szczęście po drodze nie będzie zbyt wielu zjazdów… może się uda?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza