wtorek, 7 lipca 2020

dzień przygód uważa się za odbębniony

Ciężko tak jakoś i z oporami szło mi pakowanie we wtorkowy poranek. Pogoda wyglądała na stabilną, wokół wszędzie wakacyjna atmosfera, więc nieszczególnie chciało mi się wybierać w dalszą drogę. Nie wiedziałem jeszcze, ile przygód czeka mnie tego dnia! Wieczorem mocno wiało i nawet zacząłem szczękać zębami, dlatego postanowiłem na dłużej zanurzyć się w kempingowej świetlicy. Ludziska z Ekipy na pewno dobrze ją pamiętają – fantastycznie przeszklone ściany, wygodne kanapy i telewizor, na którym w 2018 niektórzy śledzili jeden z meczy Mundialu. Pomieszczenie, mimo fantastycznego widoku dookoła, daje przytulne schronienie przed wiatrem i zimnem. Tym razem usiadłem tam sobie sam, by ogrzać się i powspominać, jak to było tu dwa lata temu.
Ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Trzeba coś zjeść przed wyjazdem, dlatego wyszedłem na zewnątrz do pobliskiego sklepu. Wróciłem, zjadłem śniadanie i zabrałem się za zwijanie namiotu. Jedynym czynnikiem motywującym była wizyta w serwisie rowerowym w Kołobrzegu – obiecałem pojawić się tam koło południa, więc chcąc nie chcąc trzeba było się zbierać, tym bardziej, że do Kołobrzegu było nadal czterdzieści kilometrów.
Opuściłem Pomonę, cały czas będąc pod wrażeniem stanu dróg rowerowych w Zachodniopomorskim: utwardzonych albo asfaltem, albo betonem, ale przy zachowaniu naprawdę wysokiego standardu. Początkowo do Pogorzelicy droga wiodła wzdłuż linii kolejki wąskotorowej, żeby później odbić w lewo i w centrum Pogorzelicy przybliżyć się do morza. Tu jakość drogi niestety uległa pogorszeniu, bo dalej wzdłuż granic 36 Dywizonu Rakietowego trzeba było jechać starą wojskową drogą z kocimi łbami, po których naprawdę ciężko jest się poruszać. Nie jest to jednak zalecany dla rowerzystów szlak EV-10, tylko spory skrót nad samym morzem. EV-10 wróciła dopiero za punktem widokowym na morze.
Jadąc tamtędy człowiek mimowolnie szuka innych możliwości i ucieka na pobocze. Masz po prostu nadzieję, że na poboczu kamienie obsypane gruntem będą łaskawsze dla twoich nadgarstków. Problem w tym, że podobne ucieczki wykonują też inni, a pobocza są naprawdę wąstkie. W efekcie środek drogi pozostaje pusty, a na poboczach jest tłok i mijanki. Dalej, w połowie drogi do Mrzeżyna, robi się trochę łatwiej, bo bruk ustępuje najpierw płytom betonowym, a potem szerokiej asfaltowej drodze z równie szerokim chodnikiem. Ameryka! To już Mrzeżyno i ulica Wojska Polskiego, po której można grzać, ile fabryka dała. Dojeżdżam zatem do centrum, szybkie foto na ujście Regi i już gnam przez Rogowo na kolejne rzyno, to znaczy Dźwirzyno. Polska języka trudna języka, bo dlaczego jedno pisze się przez „ż” a drugie przez „rz”? Masakra jakaś!
Rogowo to niewielka wioska, która już za niedługo może przestać być niewielka, bo tyle tam się buduje. Wygląda trochę jak dzielnica Mrzeżyna, po której modelowo prowadzi nowiutka, wydzielona, asfaltowa droga rowerowa – wzór do naśladowania dla innych miejscowości. Tego typu trakty są naprawdę fantastyczne. Jedyny w ich przypadku problem jest – jak zwykle – ludzki. W letnie dni piesi łażą po nich naprawdę jak stado bydła, kompletnie ignorując ciągłą linię oddzielającą pas dla rowerów od chodnika. Takie miejscowości to chyba jedyny przypadek, gdzie nie sprawdza się mój AirZound. Po prostu musiałbyś zatrzymywać się co parę kilometrów, żeby pompować zbiornik powietrza – tyle razy trzeba używać tego klaksonu! Częściej po prostu sypiesz wiązanką i przestaje być miło, zwłaszcza, gdy po pięćset osiemdziesiątym szóstym tego dnia „przepraszam” ktoś i tak rypie cię, że masz uważać – choć przecież gdybyś nie uważał, to gościa potrącisz, a on będzie się darł nawet stojąc na namalowanym na asfalcie symbolu roweru. Ludzie w ostatnich dekadach zrobili się skrajnie bezczelni i idą w zaparte, nawet wiedząc, że ewidentnie nie mają racji i… po prostu szkoda nerwów.
Za Dźwirzynem asfalcik towarzyszy nam już cały czas, przez Grzybowo i dalej, aż do Kołobrzegu. Tutaj muszę trochę zboczyć z trasy EV, bo trzeba udać się na umówioną wizytę w serwisie i uzupełnienie szprych. Koło trzynastej jestem już w serwisie Bajkgaraż. Nie powiem, trochę kluczyłem wokół Stokrotki i ulicy Budowlanej, zanim ich znalazłem, ale udało się. W serwisie pełna profeska: od razu sprzęt na warsztat by nie marnować czasu. Była oczywiście polewka, kiedy poprosiłem o założenie opaski na tylne koło, ale też szacun, że bez niej udało mi się nie złapać pany aż od Świeradowa, czyli… ile? 500 km? Więcej? Hehe…
Tymczasem ja poszedłem sobie na miasto. Przerwa była jak najbardziej wkalkulowana w dzionek. Porobiłem kilka zdjęć plaży i mew, po czym wróciłem na miejsce – rower był gotowy do dalszej trasy. Dzięki, chłopaki! Zapakowałem dobytek, heja do Parku Fredry i już byłem z powrotem nad morzem. Tutaj mój ulubiony odcinek, co prawda betonowy, ale przepiękny, przez Sianożęty do Ustronia. Śliczne brukowe mozaiki, a do tego po lewej cały czas zacny widok na morze. Dwa lata temu wszystko było tutaj jeszcze w powijakach, bo miejscowości – szykując się zapewne do wyborów samorządowych – poganiały wykonawców, aby ścieżki były ukończone na czas. Teraz wszystko już pięknie wykończone i pełen relaks, żyć nie umierać!
W Ustroniu EV-10 wiedzie nad samym morzem aż do lasu. Ja jednak zjechałem sobie wcześniej na Rybacką, by dalej w cywilizowany sposób osiągnąć docelowy szlak. Później, już za Ustroniem, zaczyna się bardziej odludny odcinek trasy, prowadzący z dala od cywilizacji przez Gąski, Sarbinowo i Chłopy. To jeden z moich ulubionych odcinków w Zachodniopomorskim: z jednej strony ciągle asfalt, więc trasa wygodna do bólu, a z drugiej wsie, do których zagląda jednak mniej turystów niż gdzie indziej, przez co trasa naprawdę relaksuje i dostarcza samych pozytywnych wrażeń.
Idylla kończy się w Mielnie, gdzie znów, nawet na asfalcie, trzeba uważać na pseudo „turystów” pchających się pod koła. Z lewa i prawa dochodzi cię disco polo i brzękolenie cymbergajów – ot, taki klasyczny polski koszmarek. No nic, jadę dalej. Zgodnie z poleceniem: Unieście, więc biorę i unoszę ten ciężar ;) Chwilowo nie jest lepiej, ale tylko kawałek, bo na drodze do Łaz dostrzegam pewien pozytyw. Tutaj droga jest asfaltowa, choć ostatnio była jeszcze z płyt betonowych. Wiedzie teraz mierzeją nad Jamnem i jest znacznie przyjemniejsza, niż jeszcze dwa lata temu. Super!
Dojeżdżam do Łaz, czyli do miejsca, w którym za mniej więcej miesiąc wyląduje moja Ania na kolejnym obozie judo. Aby było więcej wspomnień, zawijam sobie na rybkę do Kajuty Kapitana, rzecz jasna z pełnym oinstagramowaniem i ofezbukowaniem. Jest już późne popołudnie, a w uszach brzmi mi nadal rozmowa z szefem kołobrzeskiego Bajgarażu, który zachęca do pójścia „na całość” i wypróbowania trasy po wydmie z Łaz do Dąbkowic. „Tą trasę da się i quadem przejechać!”
No nic, do odważnych świat należy. Jadę. Dla przypomnienia: rower 18 kg, sakwy ponad 20. Razem prawie 40. Asfalcik w Łazach kończy się szybko, potem trochę przez iglasty zagajnik i… pierwsza wydma. Ale co tam, przecież da się przejechać, trzeba tylko trochę popchać i już! No to pcham. Najpierw do dolinki, potem w górę, i już jestem… na plaży. No nic, pcham dalej. Ostro, już nie ma zmiłuj. Tylna opona w piasku robi niezłe korytko ;) Jeszcze siedem falchronów, jeszcze sześć, pięć, cztery… Dżizas, czy ten piasek musi być taki miękki? Żeby przeżyć, raz pcham obiema rękami za kierownicę, a raz prawą za siodeko. Potem odpoczynek. I znów. A słońce mówi: stary, kończymy na dziś… Nieeeno, pchamy dalej. No i jest! Po kolejnym kilometrze wreszcie zbawienie: betonowe płyty na wydmę! Yeah, wygrałem życie! Wszystko jest na swoim miejscu, tzn. jestem na drodze, którą wcześniej widziałem na mapie OSM. Wszystko gra. Teraz trzeba tylko dojechać do Dąbkowic i będzie git. Ale… chwila… były tylko trzy płyty, a na wydmie znów droga robi się piaszczysta. Co jest?! W dodatku za piaszczystą górką jest las, a tutaj krowskie jakby się zmówiły i chmarą mnie obsiadły jedna po drugiej. „Wy k… wypier…ć!” – uciekam pieszo ile sił, bo na kółkach zbyt głęboki piach. Żeby się popsikać Offem, trzeba się zatrzymać, ale nie da rady, bo mnie zjedzą! No nieźle. Po raz pierwszy od domu wołam sam w pustą przestrzeń. No zwariowałem! Dobiegam z rowerem jakimś cudem do miejsca, w którym można wsiąść na żelastwo i trochę przyspieszyć. Znów kilkaset metrów i znów piach, trzeba zejść z roweru, i znów pieszo, i znów na rower. Tak udaje mi się w jakimś takim amoku znaleźć sensowną nawierzchnię i doczłapać do cywilizacji. Jak by to nazwać? Survival i trening osobowości w jednym!
Jadę już sobie spokojnie i nagle patrzę, dochodzę do wniosku, że chyba jeżdżę po czyimś ogródku. No ale jak to, przecież przyjechałem z neutralnej strony, od morza, więc jak to możliwe? Po chwili dojeżdżam do bramy zamkniętej na kłódkę od… mojej strony. Furtka obok jest tak samo zamknięta, więc WTF? Dom po prawej wygląda na opuszczony. Zostawiam rower przy bramie i cofam się do następnego. Patrzę, drzwi otwarte, a w pokoju gość ogląda telewizję. „Dobry wieczór, czy mógłbym prosić o otwarcie bramy?” A gościu z impetem na mnie: „Nie ma szans! Pięćdziesiąty raz mam dziś otwierać? Takich jak pan jest tu na pęczki! Jestem zmęczony i nie ma szans, nie otworzę. Tu nie ma drogi rowerowej!” Przecieram oczy ze zdumienia, bo nagle okazuje się, że chyba jestem jego więźniem… „Okej, mogę tutaj na pańskim placu rozbić namiot i przenocować, tylko czy na pewno o to panu chodzi?” – nadal jestem w szoku. Gość zaczyna gestykulować i nareszcie mówić z sensem, że to teren urzędu morskiego (wow!) i tu nie ma przejazdu. No dobrze, ale gdzie to jest napisane? Przy tych kilku płytach żelbetowych nie było żadnej tabliczki… „Niech se pan wraca i idzie plażą do Dąbek” – oooo, tu przegiął. Tym mnie zgrzał do czerwoności, zwłaszcza jak se przypomnę te krowskie. Dobra, w tym momencie informuję gościa, że może śmiało pisać mandat, którego oczywiście nie przyjmę (bo nie było tabliczki), a ja tymczasem rozbijam namiot na jego trawie a rano informuję policję o bezprawnym zatrzymaniu – no a na to już jest kodeks karny ;) I to był argument. Pan, mamrocząc coś pod nosem, otworzył bramę i mogłem kontynuować podróż!
Dojechałem do Dąbek a potem jeszcze dalej. Szarzało już, więc postanowiłem zaczepić się w Bobolinie, jeszcze przed Darłowem. Pogoda nie zapowiadała się zbyt stabilnie, dlatego skorzystałem z oferty domków tuż przy trasie rowerowej, zamiast rozbijać namiot. Szefowa powiedziała, że domek co prawda kosztuje 250, ale nie widzi szans, żebym w pojedynkę tyle zapłacił (no proszę!), więc właściwie nie wie, ile to kosztuje, ale ma wolne domki. Zaproponowałem stówkę i w ten sposób dobiliśmy targu. Później, rozmawiając z jej chyba synem, dowiedziałem się, że pan Mareczek z urzędu morskiego w Dąbkowicach jest znany w okolicy z dość awangardowego podejścia do turystów, ale podobno dziarsko stawiłem mu czoła, czym wywołałem szeroki uśmiech na twarzy mojego rozmówcy.
Hm, to co by tu jeszcze dodać? Nic, dość wrażeń na dziś ;)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza