środa, 8 lipca 2020

Park Słowiński znam i nawet wiem, jak go ominąć ;)

Kolejny dzień rozpoczął się niemrawo, wietrznie i pochmurno. Na szczęście nie padało. Nie spieszyło mi się, więc bez zwijania namiotu spokojnie spakowałem sakwy i o dziesiątej ruszyłem w dalszą podróż. Droga do Darłowa nadal wiodła wydzieloną asfaltową ścieżką rowerową. Miasto przejechałem właściwie obwodnicą, nie wbijając się do centrum, tylko wzdłuż Wieprzy, parkiem do Darłówka, a następnie nad samym morzem dalej, betonowymi płytami, jedną z najpiękniejszych tras widokowych wzdłuż mierzei na północ.
Za Darłówkiem zaczęło trochę padać, więc zatrzymałem się i założyłem pelerynę. Ta rzecz jasna zadziałała jak magiczne zaklęcie, bo niemal natychmiast wyszło piękne słońce, przez co w pelerynie zacząłem się czuć jak idiota. Znów zatrzymałem się, by ją schować i ruszyłem dalej. Będąc prawie na wysokości kanału łączącego jezioro z morzem, nagle pomyślałem sobie: kurde, co to za jezioro? Nie czasem Kopań? No jasne! Przecież we wiosce Kopań stacjonowała Majorka z Jędrusiem i od wczoraj byłem z nimi umówiony na spotkanie! No co jak co, ale tego nie miałem ochoty odpuszczać, więc złorzecząc na własną sklerozę zawróciłem i zacząłem podążać w przeciwnym kierunku. Słońce nieźle już grzało, ale co to był za wiatr! W duchu cieszyłem się, że całą trasę jak na razie udało mi się robić przy sprzyjającej bryzie (ba, huraganie!). Przesuwając się tak metr po metrze, zrobiłem ze dwa kilometry w tył i… zadzwonił telefon. Majorka pytała, gdzie jestem i dała znać, żebym nie wracał, bo właśnie wyjeżdżają na wycieczkę do Jarosławca. Jak też to dobrze, że zadzwoniła! Okej, spotkajmy się zatem w Jarku! Znów zawróciłem. Mimo, że nie byłem już w pelerynie, rowerzyści, których mijałem po raz trzeci, i tak popatrzyli na mnie jak na idiotę, ale co tam – ten typ pewnie tak ma ;)
Mogłem teraz kontynuować cudowną ścieżkę pomiędzy jeziorem a morzem i napawać się widokami. Nie straszne mi były nawet te oczkowane płyty betonowe na mierzei. Za kanałem przechodzą one w nową asfaltową ścieżkę rowerową i takim asfalcikiem można nieźle grzać aż do Wicia. Tutaj ścieżka asfaltowa zmienia się w ogólny deptak i lokalną drogę z kostki, więc trzeba trochę uważać na zbłąkanych spacerowiczów, ale nie jest przesadnie tłoczno. Za Wiciem droga znów przechodzi w asfaltową i można grzać ile fabryka dała, od granicy Jarosławca jest osobna nitka asfaltowa dla rowerów obok drogi, więc znów pełna profeska i jedzie się, jak na wyprawę przystało.
Docieram wreszcie do centrum – jeden telefon, machamy do siebie i jest! Spokojna kawka w jakiejś knajpce, trochę odpoczynku, dzielenia się wrażeniami, selfie i tak dalej. Potem czułe pożegnanie i cisnę dalej, bo godziny uciekają jak szalone.
Za Jarosławcem znajduje się niesławny Centralny Poligon Sił Powietrznych. Podobno można ubiegać się o przepustkę i przejechać mierzeją, ale mi dwa lata temu się nie udało. Dostałem odmowę ze względu na jakieś ćwiczenia, więc tym razem już nawet nie próbowałem. Jeszcze by mnie wcielili do wojska… ;) Obrałem kurs dosyć nudną lokalną drogą przez Jezierzany, Łącko, Korlino i dalej lokalnymi drogami aż do Ustki. Nie ma o czym pisać, bo takich szlaków w całym kraju jest mnóstwo i niczym szczególnym się nie wyróżniają. W Ustce na Słupii udało mi się sfocić galeon Dragon, żywo przypominający Czarną Perłę z Karaibów. Tutaj na chwilę zbliżyłem się do plaży, ale pogoda nie nastrajała wczasowiczów zbyt optymistycznie – patrząc z promenady, plaża była pusta, za nią dość wysoka fala i tylko pojedyncze spacerujące po piasku osoby.
A przede mną kolejne przeszkody drogowe: Słowiński Park Narodowy z jego $%#*!$#@! wydmami. Mogłem co prawda pojechać sobie aż do Rowów nad samym morzem, ale wiem już, jak wyglądają nadmorskie piaski na trasie przez Orzechowo - Poddąbie - Rowy, więc nie, dziękuję. Całkiem ładna trasa z mączki ceglanej nad Gardnem, z jej urokliwym pomostem na jezioro, jest zdecydowanie godna polecenia, jeśli ktoś jeszcze tu nie był. Problem zaczyna się dalej, to znaczy za jeziorem Gardno trzeba się na coś zdecydować. Wydmę czołpińską już znam, przejazd przez drewniane mostki na bagnach Kluki też już zaliczony, dlatego więdząc mniej więcej, co czekałoby mnie w tych miejscach, odpuszczam i jadę asfaltem z Ustki na Gardnę i Witowo, potem szosą słupską aż do Główczyc i stamtąd na Izbicę. Nie ma na tym odcinku nic szczególnie atrakcyjnego oprócz asfaltu, dzięki któremu mam szansę być jeszcze dziś w Łebie.
Wcześniej jednak jest jeszcze drobna zagwozdka w postaci fragmentu parku narodowego. Za Izbicą, w Ameryce (no co za niefart!) kończy się asfalt. Na mostku, wśród szuwarów Starej Łeby zatrzymuję się, by strzelić urokliwą focię, a później kawałek dalej kolejną, w okolicach potykacza wjazdowego do parku. Jadę sobie dalej szerokim szutrem, wyrąbanym jak ręczna pralka, aż do Gaci. Mijam bezwiednie most na głównym cieku rzeki Łeba. Tu od drogi odbija ścieżka do tarasu widokowego na jezioro – tylko żebym ja wtedy o tym wiedział! Pisząc to, aż łza się w oku kręci, że nie udało mi się namierzyć tej atrakcji przed dojazdem na miejsce. No nic, jest ewidentny powód, by jeszcze raz tam zawitać. Tymczasem droga na chwilę robi się leśna. Jadę cały czas czymś, co wygląda na mieszaninę szutru i piachu. Wreszcie docieram do Gaci, gdzie na wjeździe do przysiółka – a jakże – stoi sobie wesoło wiata przystankowa. Zero asfaltu, ale co tam, przystanek musi być. Cóż za miejsce! Z szutru we wsi robi się tymczasem stary kamienny bruk, równie nieprzyjemny dla roweru, co wczorajsza droga wzdłuż Dywizjonu Rakietowego koło Pogorzelicy. Za Gacią zaś bruk ustępuje znów szutrowi na leśnym dukcie, trochę węższym niż wcześniej, ale nadal przyzwoitym. Później są miejsca, w których droga jest zapiaszczona i trzeba przeprowadzić rower, bo nie da się po tym jechać. Miejsca te są do przebycia bez jakiegoś przesadnego wysiłku, potrzeba tylko odrobiny cierpliwości. Po prostu trzeba wkalkulować to sobie w trasę i wziąć pod uwagę, że kilka kilometrów trzeba będzie przebyć ze średnią poniżej 10km/h. Problematyczny odcinek do Żarnowskiej to w sumie jakieś sześć kilometrów lasem, przy czym jedynym problemem jest piasek, bo bagien w drodze, takich jak w osławionych Klukach, tutaj nie znajdziecie. Jest – a i owszem – pomost nad Wielkim Bagnem po drodze, ale ono w żaden sposób nie utrudnia jazdy, jest tylko dodatkową atrakcją do obejrzenia. Droga wiedzie też przez teren lekko pofałdowany i jeszcze przed Żarnowską piaski się kończą a dukt leśny zaczyna wyrażnie zmierzać w dół – można nadgonić stracony czas. Od wsi natomiast zaczyna się asfalt i te ostatnie 5-6 km do Łeby to już czysty relaks.
Ja przy prawie 130 kilometrach tego dnia dojechałem do Łeby jakoś nieszczególnie zmęczony. Od początku wiedziałem, co mnie czeka i tak sobie rozplanowałem wysiłki, żeby wystarczyło aż do wieczora. Zahaczyłem się na noc na Intercampie'84, gdzie po szybkim rozstawieniu namiotu miałem jeszcze siłę i ochotę na dłuższy spacer na na plażę. A co tam, w Łebie fajnie jest!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza