27 sierpnia 2014

gdzie diabeł mówi dobranoc

Udało nam się pozbierać o bardzo sensownej porze. Nie rozstawialiśmy namiotów, więc pakowanie szło szybko i już przed dziewiątą ruszyliśmy w dalszą trasę. Jak się później okazało, miał to być jeden z tych dni, które trzeba przejechać, by po prostu być o sto kilometrów dalej.

Po przejechaniu Nasielska zjechaliśmy z głównej drogi i bocznymi, wąskimi, ale wciąż asfaltowymi drogami, parliśmy na północ. Słoneczko dogrzewało, wokół wszędzie płasko jak stół, więc nie wkładając zbyt wiele wysiłku udawało nam się pochłaniać kolejne kilometry. Za Lubominem asfalt poprawił się i choć droga nadal wąska, to gładka jak stół i można było jeszcze przyspieszyć.

Nie powiem, nie wybierałem się tego dnia na gołębie, ale gdybym się wybierał, miałbym na dwunastym kilometrze niezły zgryz. W lewo Gołębie, w prawo też. Jak żyć?

My jechaliśmy prosto, więc ten szekspirowski dylemat nas – powiedzmy sobie szczerze – ani grzał, ani ziębił.

Po kolejnych kilometrach polami i wśród wsi i małych miasteczek, dotarliśmy do Ciechanowa. Tutaj, ku mojemu zdziwieniu, odkryłem zamek warowny książąt mazowieckich, którego historia sięga XIV wieku, a o istnieniu którego wcześniej nie miałem pojęcia. Z resztą, bądźmy szczerzy, w Ciechanowie pojawiłem się po raz pierwszy, więc ta niewiedza jakkolwiek się broniła.

Tuż po wzniesieniu, na przełomie XIV i XV w. zamek pełnił rolę obronnego zamku granicznego, gdyż wzdłuż rzeki Łydyni przebiegała granica Państwa Krzyżackiego. I co ciekawe, pomimo prób, nigdy nie został zdobyty. Forma prostokątna zamku, z jednym budynkiem przy bramie południowej (dla załogi), dwóch wieżach od strony wjazdu i olbrzymim, pustym dziedzińcem przypominała wczesnośredniowieczne zamki bizantyjskie. Miał on podobne przeznaczenie – służył do schronienia ludności miasta, wraz z najcenniejszym dobytkiem w okresie zagrożenia przez wroga.

My tymczasem opuszczamy miasto i drogą wojewódzką wzdłuż torów kolejowych, przemieszczamy się w kierunku Mławy i dalej – Działdowa. Za Mławą, wraz z przekroczeniem rzeki Mławki, wjeżdżamy do województwa Warmińsko-Mazurskiego i to jest fakt godny odnotowania tego dnia.

Po kilkunastu kilometrach jesteśmy już w Działdowie. Skręcamy przed niepozornym zamkiem krzyżackim w lewo, szybko objeżdżamy rynek w nadziei na coś do jedzenia – końcu na zegarze wpół do czwartej, nasze żołądki domagają się. Na rynku nic, ani restauracji, ani parasoli… Wreszcie znajdujemy budkę z kurczakiem na parkingu przy Kościuszki. Miejsce mocno eksponowane, bez drzew i zadaszeń, a na horyzoncie chmury nam gęstnieją, jak na zamówienie. Ale co tam, bierzemy po połówce kurczaczka z frytkami. Zabijamy czas na pogawędce z panią z obsługi, a tymczasem kurczaczek się kręci, kręci, aż wreszcie… jest! Zabieramy się ochoczo do pałaszowania, a tu jak nie lunie! Nie było gdzie uciekać, więc co, przecież sobie nie przerwiemy. Pod koniec posiłku nasze fryteczki i resztki kurczaka dosłownie pływały w deszczówce, tak tam lało.

Ociekamy wodą, ale w sumie już się przejaśnia, przestaje padać i za kilka chwil słońce znów grzeje niemiłosiernie. Pani, która obserwowała naszą akcję, załamywała tylko ręce i biadoliła nad naszym losem. Nie, oczywiście o wpuszczeniu nas do budki na czas deszczu nie było mowy. Wycieramy się zatem z grubsza ręcznikami jednorazowymi – to jedno dostajemy w gratisie i do woli, więc korzystamy. Tak wstępnie osuszeni dziękujemy uprzejmie i wyruszamy w dalszą drogę.

Od tej pory teren z płaskiego jak stół zaczyna się delikatnie fałdować: najpierw ledwo niedostrzegalnie, ale za Działdowem już konkretniej. To się czuje w nogach, tym bardziej, że te 110 km mamy już dziś za sobą. Zmienia się też otoczenie z pól uprawnych na lasy oraz oczywiście mniejsze i większe jeziora, na ogół ukryte za drzewami. Po kolejnych dwudziestu docieramy na pole bitwy pod Grunwaldem.

Nigdy tu nie byłem, ale moje wyobrażenia o polu największej polskiej bitwy były inne. Być może zaważyła tutaj pora dnia – słońce chyliło się ku zachodowi, na polu bitwy żywego ducha, tylko lekki wiaterek i szum drzew. Spodziewałem się też pola namiotowego w najbliższej okolicy. Tak przynajmniej sugerowała mapa. A tu… nic! W poszukiwaniu miejsca do spania wróciliśmy w okolice jaru, w którym znajduje się muzeum bitwy. I tutaj na płocie – proszę – baner, jak malowany: pole namiotowe i numer telefonu. Dziwne, bo jak okiem sięgnąć, żadnego namiotu ani pola nie widać. Jurek mówi: dzwoń, no to dzwonię. Odbiera gość, który zupełnie wyluzowanym tonem zaprasza do rozbicia się na murawie obok muzeum. Co?! To ma być to pole namiotowe? – Przrszm, a co z prysznicami, sanitariatami? – Niech się pan nie martwi – zapodaje gość ze słuchawki – podjadę i otworzę wam muzeum. Tam będziecie sobie korzystać. – Okej, dziękuję, to ja jeszcze oddzwonię – odpowiadam i się rozłączam.

Jurek jest wyraźnie podekscytowany, a mnie dreszcze przelatują po plecach. Nie wiem, po raz pierwszy w życiu mam dreszcze na myśl, że mógłbym tu rozbić namiot. Wcześniej kompletnie nie znałem takiego uczucia. Jakiś taki kompletnie irracjonalny i niewytłumaczalny lęk, chłód tego miejsca. Wyobrażam sobie, jak w nocy budzę się i słyszę szczęk mieczy, rżenie koni i jęki wojów zabijanych na polu bitwy. Wyobrażam sobie, jak chcę iść nocą do toalety a na drodze staje mi Ulrich von Jungingen. Brr…! – Nie, Jurek. Ja tu nie śpię. Chcesz, to się rozbijaj, ja sobie poszukam jakiejś kwatery i spotkamy się rano. Jestem gotów zapłacić każdą cenę, byleby tu nie spać. Gość najpierw boki zrywa i prawie płacze ze śmiechu, ale po chwili chyba łapie, o co mi chodzi i niechętnie, ale ze zrozumieniem zabiera się ze mną za szukanie jakiegoś dachu nad głową.

Przejeżdżamy cały Grunwald wzdłuż i wszerz, i nic. Dopiero ostatni dom przy wyjeździe ze wsi wygląda obiecująco. Jest ciemno. Pukam i pytam o możliwość przenocowania. Tak, znajdzie się coś. Na miejscu nocuje partnerka właściciela z dzieckiem, który jest w pracy, a także jacyś robotnicy, chyba z Ukrainy. Kobieta wydziela nam pokój dziecięcy do spania, ciasny, ale wystarczający. Rozkładamy sobie maty i śpiwory, i już mamy spanie. Ufff, udało się. Drogo rzecz jasna też nie jest – raptem 30 zł za dwóch.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza