11 września 2013

podsumowanie

Wyjazd na Krym, mimo, że tak naprawdę mało rowerowy, to naprawdę świetna przygoda. Nie sposób nie wspomnieć też o niesamowitym farcie, który mieliśmy, odwiedzając ten kawałek świata dosłownie na cztery miesiące przed rosyjską inwazją.
Dla mnie osobiście, oprócz samego Krymu, który uważam za jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu oglądałem, ciekawe doświadczenie stanowił przejazd przez większą część Ukrainy, do której do tej pory jakoś zawsze było mi nie po drodze. Poznałem – nie tylko z nazwy – co to homo sovieticus i jak głęboko ta mentalność pozostaje zakorzeniona w umysłach ludzi ze wschodu. Z drugiej strony serdeczność i otwartość mieszkańców to cechy, które potrafią skutecznie niwelować naleciałości systemu.
Jeśli chodzi o kilometry rowerowe, to tak jak wspomniałem, było ich niewiele – po zsumowaniu wychodzi raptem 199,7 km. Na pewno zaś suma przewyższeń: 4803 m na tak krótkiej trasie może robić wrażenie i w pełni oddaje charakterystykę terenu. Taki po prostu jest południowy Krym.
Myślę, że jeśli tylko czas i sytuacja geopolityczna na to pozwoli, wrócę tam z wielką ochotą i pojeżdżę więcej. Przyciąga mnie świadomość, co jeszcze jest do obejrzenia (np. skalne miasto Czufut-Kale) i jak ciekawie można tam spędzić czas.
A tymczasem… do zobaczenia na kolejnej wyprawie w przyszłym roku!


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza