poniedziałek, 29 czerwca 2020

wzdłuż granicy do Kotliny Kłodzkiej

Drugi dzień miał rozpocząć się deszczowo i tak też było. Wykresy pogodowe mówiły, że przestanie padać o jedenastej, dlatego nie spieszyliśmy się z pakowaniem. Niestety, zaciągnęło się na dobre i deszcz nie zamierzał odpuścić. Trzeba było wdrożyć plan B, czyli ubrać się przeciwdeszczowo i wyruszyć w dalszą drogę.
Najpierw mozolnie, długim podjazdem do drogi na przejście graniczne, potem przez głuchołaski las parkowy wzdłuż granicy, przez wsie, o których mało kto pamięta. Cały czas w deszczu, z peleryną i nakładkami na buty.
Tak, w ubiegłym sezonie stałem się szczęśliwym posiadaczem fajnej, jaskrawozielonej peleryny rowerowej. Znacznie lepszej, niż ta poprzednia czerwona, w której wyglądałem, jak teletubiś. Ale nie o wyglądzie chciałem. Nowa peleryna jest typowo rowerowa, tzn. jest znacznie większa i posiada specjalne wewnętrzne pasy do zapięcia wokół bioder, a także ekstra rzepy na kierownicę. Chroni znacznie lepiej przed deszczem niż poprzednia. Ma tylko jeden mankament, tzn. kiedy przykryjesz nią kierownicę, tracisz kontakt wzrokowy z nawigacją i telefonem, więc trzeba zatrzymywać się przy każdej wątpliwości na trasie, podnieść pelerynę, obejrzeć trasę i jechać dalej. Na dłuższą metę bywa to niepraktyczne, choć szczerze nie mam pomysłu, jak to usprawnić.
My tymczasem opuściliśmy ponownie Polskę i poruszaliśmy się drogą graniczną po stronie czeskiej u podnóża Jesioników. Widno zrobiło się dopiero w Vidnawie, tzn. przestało padać, choć słońce nie miało nadal ochoty wyjść zza chmur. Z pewnym zażenowaniem odkryłem, że moje nowe sakwy przednie (Crosso Dry Bag 30) jednak przepuszczają wodę. Jako całość są oczywiście szczelne, ale trzeba bardzo dokładnie je zrolować, żeby osiągnąć szczelność, ale i tak nigdy nie ma gwarancji, że to się uda. Myślę, że po prostu do sakw przednich użyto zbyt grubego i sztywnego materiału gumowego i rolowanie takie, jak w Dry 60 nie wystarcza, bo tam materiał jest bardziej elastyczny. Efekt taki, że od góry zdarzało mi się znaleźć zarówno wodę z deszczu, jak i piach w cieple dni.
Ale jedziemy dalej. Jest znośnie płasko, ale już niedługo, bo zbliżamy się do ściany Gór Złotych i polskiej części Sudetów, tzn. Kotliny Kłodzkiej. Wjeżdżamy najpierw do urokliwego Javornika, a potem coraz ostrzej pod górę. Na chwilę zatrzymujemy się przy obiekcie „Vapenka” – po polsku chyba wapiennik, piec do wypalania wapna. Powoli i mozolnie wspinamy się na poziom 660, więc zimno nam nie jest. Przy jeździe poniżej 10km/h ostatnia czeska wieś Travna ciągnie się niemiłosiernie. Obrazek, który zapadł mi w pamięć stamtąd, to pewien gość na ogrodzonej działce, koszący trawę. Obok zaparkowane auto na tablicach SR.
Wreszcie jest przełęcz Lądecka i granica polska! Jurek z tyłu, z jego oponami mtb i dokuczającym kolanem, więc odpoczynek na przełęczy, ale krótki, bo jesteśmy mocno w plecy czasowo i może być problem z dotarciem do biwaku w Niemojowie. Stamtąd niemal błyskawicznie zjeżdżamy do Lądynu Zdroju, szybkie foto w parku zdrojowym i już dalej na Stronie Śląskie. W Stroniu szybki posiłek przed marketem i dalej, na kolejną przełęcz, tym razem obok kompleksu narciarskiego Czarna Góra, po którym o tej porze roku hula wiatr.
Tym razem wspinamy się aż na 862 m npm – to tzw. Puchaczówka, z której czeka nas zjazd do Obniżenia Bystrzycy, centralnej części Kotliny Kłodzkiej. Niestety tu dopada nas wieczór i zachód słońca, a do Niemojowa ciągle jeszcze 30 km. Pogoda też nie zachęca do rozbijania namiotu. Ostatecznie decydujemy się zacumować przy zjeździe z Puchaczówki w miejscowości Idzików. Dalsza droga pokaże, że to była dobra decyzja.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza